sobota, 12 lipca 2014

Watykan Mormonów

11.07
Niektórzy tak mówią o stolicy stanu Utah - Salt Lake City. Rzeczywiście - tzw. Temple Square z największą świątynią Mormonów (niestety do 4.08 niedostępną dla zwiedzających :(, a wartą zobaczenia..) Salt Lake Temple stanowią centralny punkt miasta. Kompleks składa sie z kilku budynków, w tym tzw. Tabernacle (miejsce spotkań) z pięknymi organami w środku.


Oprócz wspaniałe brzmiących organów (sprawdzone "nausznie" ;) ) budynek chcarekteryzuje się doskonałą akustyką. Mieliśmy okazję się o tym przekonać, kiedy z odległości ponad 50m mogliśmy wyraźnie usłyszeć dźwięk towarzyszący przedzieraniu niewielkiej kartki czy upuszczanych szpilek. Głos lektora bez mikrofonu był doskonale slyszalny, co ciekawe - brzmiał wyraźniej bez nagłośnienia niż z użyciem mikrofonu. Koncert organowy w tym miejscu to prawdziwa uczta :). Świątynia w środku wyglada inaczej niż znane nam kościoły - ma kilka kondygnacji, wiele pomieszczeń o rożnym przeznaczeniu, w tym - basen chrzcielny.. Niestety teraz można to zobaczyć tylko na makiecie i prezentacji multimedialnej - trzeba przyznać - doskonałej jakości.. Próbka makiety - poniżej:



Po lunchu - wizyta w parku: "This Is The Place", miejscu na które przybyli Mormoni wygnani wcześniej z Illinois, poniżej którego powstało potem Salt Lake City. W parku odtworzono osadę pionierów, gdzie przez cały dzień życie toczy się tak jak ponad sto lat temu - prezentacja multimedialna na żywo :). Autentyczne domy (przeniesione z oryginalnych miejsc), ubrania, narzędzia.. Można pogadać z mieszkańcami, dopytać co robią, pozwolić fryzjerowi się ogolić, etc.
Skoro miasto wzięło nazwę od słonego jeziora - koniecznie trzeba było je zobaczyć z bliska. Ogromny zbiornik o zasoleniu miejscami tylko niewiele mniejszym od Morza Martwego. Wykąpać sie niestety w tym nie dało (niski poziom wody, goraca, zapach nie do wytrzymania..) ale wygląda całkiem ładnie..



Jutro - Nevada, z pustynią/wyschnieęym dnem jeziora, gdzie bije sie rekordy prędkości. Może uda się coś podejrzeć :).

piątek, 11 lipca 2014

Arches - nie tylko łuki..

10.07
Park Arches to dla mnie jedno z miejsc, z listy "it's a must".. Rozległy (duzo bardziej niż myślałem) teren pokryty fantastycznymi kształtami. Czerwone skały poukładane w całe mnóstwo rożnych formacji - nie tylko łuków.. Musiałem mocno walczyć ze sobą, żeby po wjeździe do parku nie zatrzymywać sie co kilkaset metrów i nie wyciągać co chwila aparatu. Nagromadzenie zapierających dech w piersiach widoków jest ogromne.. Plan jednak był inny - przejechać na koniec parku, do wejścia na pieszy szlak zwany "Devils Garden" - po to żeby zdążyć przed największym upałem..
Już sama nazwa szlaku zachęca ;). Oprócz tego, w bezpośrednim otoczeniu jest kilka fajnych łuków, w tym ten chyba najbardziej spektakularny, a na pewno najdłuższy, zwany Landscape Arche:



Prawie pięciogodzinna trasa okazała się strzałem w dziesiątkę. Mimo sporego zmęczenia ( jednak było znacznie ponad 30 stopni) - zdecydowanie warto się pomęczyć. Nie pamiętam bardziej spektakularnego widokowo górskiego szlaku, a widziałem ich już trochę.. Oprócz łuków, które są tu główną atrakcją:





można podziwiać kształty i widoki iście z innych planet:






Znów - zdecydowanie pozytywne zaskoczenie, mimo obaw - naprawdę trudno to sobie wcześniej wyobrazić.. Za to przeżycia zdecydowanie łatwo zapamiętać..
Jako drogę powrotną wybraliśmy tzw. "Primitive Trail", gdzie czekała nas jeszcze jedna atrakcja - niemal kompletny brak ludzi :) - wszystkie skały tylko dla nas ;). Rodzina dziś już w komplecie - po wczorajszym zatruciu prawie nie ma śladu..



Wracając samochodem zatrzymaliśmy sie jeszcze popatrzeć na "ikonę" parku - Delicate Arche. Jego zdjęcia zdobią wszystkie przewodniki wiec ja tej fotografii tu nie zamieszczę :).
Po południu jak zwykle - w drogę. Tym razem do Salt Lake City. Zjechaliśmy trochę niżej i widoki kompletnie sie zmieniły - znów więcej roślinności, a tereny o wiele bardziej cywilizowane. Pogoda niestety tez sie zmieniła - oby jutro nie lało..
Po drodze, chcąc zrobić zakupy w centrum handlowym na przedmieściach jakiegoś miasta, dziarsko wkroczyliśmy do marketu z obiecującym napisem "Food4less". W środku wyglądał nieco dziwne - nawet jak na ten kraj: zero towarów, puste ściany i podłogi, na środku ustawiony krąg z jakiś kanap/wersalek, a wkoło "lekko dobrze zbudowane", szeroko uśmiechnięte i przyjaźnie nastawione amerykanki na.. wrotkach.. Hmm, niby u nas tez kiedyś w jednym z supermarketów obsługa klienta jeźdiła na wrotkach (to były czasy ;) - nawet nie zauważyłem kiedy ten wdzięczny zwyczaj zanikł..), jednak tutaj ten pomysł doprowadzono do perfekcji: nie ma klientów, nie ma towarów, są tylko panie na wrotkach w pustym sklepie :). Zakupy zrobiliśmy gdzie indziej ;)..

czwartek, 10 lipca 2014

Pre-Indianie

9.07

Dziś większość dnia upłynęła w parku Mesa Verde. Po porannych pogaduszkach z właścicielką hotelu (i dwóch ogromnych dogów - przytulaków :) ) spakowani zameldowalismy sie u wejścia do parku. Teren jest bardzo ciekawy - płaskowyże na wysokości około 2500 mnpm poprzecinane wąwozami/klifami, na zboczach których zachowały sie siedliska pre-Indian, którzy żyli tu mniej więcej miedzy piątym a dwunastym wiekiem. Na "płaskim" uprawiali ziemię, na zboczach mieszkali/chowali sie przed wrogami. Nie wiedziałem wcześniej ze taka kultura tu egzystowała. Jeśli myślimy o tych czasach i Ameryce to raczej przychodzą na myśl Inkowie, Majowie, Aztekowie, etc. A tu proszę - i tu wyplatano koszyki i zajmowano sie garncarstwem. Domostwa wyglądają bardzo ciekawie,



otoczenie też przyciąga uwagę,




a widoki z płaskowyżu - rozległe:





Po południu przejazd przez część Kolorado i południową część Utah do Moab - bazy dla wypadów do parku Arches..
Ciekawe, że prawie przez całą cześć trasy, która prowadziła przez Kolorado otaczały nas intensywnie nawadniane pola uprawne i mnóstwo roślinności.. Po przekroczeniu granicy Utah - znów skaly i pustkowia. Za to - jakie piękne :). Jedno co łączy te dwie części kraju to rozległe przestrzenie. Wzrok wędruje w nieskończoność..
Z tymi ośmioma godzinami przesunięcia czasu wczoraj to pomyłka - odjąlem zamiast dodać ;). W rzeczywistości jesteśmy teraz -10h w stosunku do Polski.
Czas spać :)

środa, 9 lipca 2014

Monument Valley

08.07
Dziś sporo do przejechania.. (około 400 km)
Po obfotografowaniu otoczenia Motelu - w drogę, highway'ami stanowymi (czyli - ruch mniejszy.. ;) ). Można poczuć jak wielki to kraj - droga prowadziła głownie przez pustkowia. Jadąc, wyobrażałem sobie ludzi, którzy 150 lat temu przemierzali te tereny na charakterystycznych wozach - jadąc w nieznane, z całym dobytkiem pod półciennym dachem. Nie wiem czy kierowała nimi odwaga czy determinacja, ale czuję coś na kształt szacunku dla nich. Mam wrażenie, że poza wyasfaltowaniem dawnych szlaków w otoczeniu niewiele sie zmieniło, więc wyobraźnia ma ułatwione zadanie. Zamiast samochodów - dyliżanse, zamiast stacji benzynowych - Saloon'y...
Droga długa, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że było nudno - różnorodność przyrody, mimo dość trudnych warunków, bardzo duża. Ziemia i skaly przybierają kolory od intensywnie ceglastego, przez żółty, beżowy po szary. Roślinność zmienia sie wraz z wysokością (w ciagu całej drogi różnica wyniosła około 800m w pionie) i, co ciekawe, odwrotnie niż w Polsce: im wyżej tym bujniej ;). Np. porządne drzewa zaczynają rosnąć gdzieś od wysokości 2000 mnpm. Tłumaczę to sobie temperaturą, która zmienia sie równie szybko - w niższych partiach było ponad 35 stopni Celsjusza, w niższych - w okolicach 20. Ukształtowanie terenu tez zaskakuje co chwilę, przestrzeń - po bardzo daleki horyzont..


Pierwszy przystanek dziś to Monument Valley. Widoki znane każdemu dziecku, więc znów miałem małe obawy, że będzie rozczarowanie i znów - na szczęście nic z tych rzeczy :). Jedna wielka uczta dla oka ;).





W dolinie, przez którą prowadzi droga z gatunku tych dla dyliżansów - mała przygoda. Przy pokonywaniu najtrudniejszego odcinka pod górę naderwałem plastikową osłonę spodu komory silnika. Po uderzeniu w kamień połowa się oderwała i zawinęła pod spod samochodu - nic groźnego tylko trochę "szura" o asfalt. Na szczęście udało sie ją naprawić za pomocą Meksykańskiego Kapelusza:


Tzn. tak sie nazywa skała jak na zdjęciu powyżej, do,której prowadziło małe bezdroże. Odpowiednio ustawiając auto nad nierównością i cofając udało sie osłonę "odwinąć". Potem tylko mały "nurek" pod samochód i problem udało sie obejść "work-around'em", więc nasz Chevy znów nie szura :).
Kolejny przystanek - miejsce gdzie krzyżują się granice czterech stanów - podobno jedyne takie w US. Jak przyjąć dobrą pozycję to można mieć każdą kończynę w innym stanie ;). Ekstra atrakcją był bardzo silny wiatr, który nagle się zerwał. Nie można było odwrócić twarzy pod wiatr - natychmiast obrzucony była drobnym żwirkiem. Piach miałem do wieczora w każdym otworze ciała ( no.. z tych wystawionych na wiatr).
Wieczorem wylądowaliśmy w Cortez, w Colorado. Motel o wdzięcznej nazwie Tomahawk prowadzi.. para z Polski. Z czterech naszych dotychczasowych "niesieciowych" hoteli/moteli, dwa prowadzili Polacy. Ciekawe co będzie dalej..
W międzyczasie leczymy Krzysia, który zatruł się Navajo Taco z przydrożnej restauracji - lekkostrawne to to nie było :( .
Z innych ciekawostek - znów zmiana czasu. Dotychczas byliśmy w tej części Arizony w której obowiązuje czas letni. W innej części tego stanu, w Utah i w Colorado czas letni nie obowiązuje, wiec teraz mamy -8 w stosunku do Polski..
Jutro - domy w skałach, pozostałości "pre-Indian" z 6-14 wieku, czyli Park Mesa Verde..

wtorek, 8 lipca 2014

Kanion Antylopy czy jaskinia Antylopy?

07.07

Oficjalnie to kanion choć w zasadzie człowiek czuje sie jakby przebywał w jaskini. Bardzo wąskiej, z "oknami" w stropie co jakiś czas.. Mógłbym szczegółowo opisywać jak to wygląda, ale żadne słowa tego nie oddadzą.. Ściany wyżłobione przez wodę w ceglanej skale tworzą kształty absolutnie niepowtarzalne. Na to wszystko nakłada sie słońce ze swoim "light show" - przez około 2h, w okolicach południa, przez niewielkie otwory w stropie wpadają promienie słońca tworząc widowisko wyjątkowe. Faktura, kolory, nasycenie, intensywność światła - wszystko zmienia się wraz z przesuwajacymi się promieniami i kątem pod jakim patrzymy. Miejsce jest słynne - szczególnie wśród ludzi zajmujących się fotografią - pozostaje potwierdzić że zasłużyło na swoją sławę.. W tzw. "peak hours" w jaskini jest pełno ludzi oprowdzanych przez indiańskich przewodników. Można zapisać się tez na tzw. "Photographic tour" i liczyć że choć przez 1-2 minuty nikt nie wejdzie nam w kadr. Przynajmniej w teorii.. Przewodnik wskaże tez najlepsze miejsce do ustawienia aparatu (specjalnie przydźwigałem statyw ;) ) i zasugeruje najbardziej korzystny kierunek. Brzmi to trochę głupio, ale trzeba pamietać ze w niektórych miejscach światło pojawia sie tylko przez kilka min. w ciagu dnia.. Do tego dochodzi "walka o miejsce" ze współtowrzyszami wycieczki - emocje przez 100% czasu gwarantowane :). Rezultat - kilkaset zdjeć, z których trzeba będzie wybrać kilka tych najlepszych.. plus poobcierane kolana.. Efekt końcowy dopiero po powrocie - teraz tylko kilka próbek:










Chciałoby się nie wychodzić..

Po obiedzie w Taco Bell czas na 1sze spotkanie z amerykańską pralnią samoobsługową :). Trwało trochę więcej niż godzinę (nie licząc pół h "kombinowania" jak to wszystko obsłużyć ;) i obeszło sie nawet bez strat.. :)
Wieczorem - kąpiel w Lake Powell - pięknie położonym sztucznym jeziorze, które również jest parkiem narodowym. 10 min. jazdy samochodem od motelu w którym sie zatrzymaliśmy. Woda ciepła, widoki piękne, i nawet obeszło się bez burzy..






Jutro - Monument Valley i miejsce skrzyżowania granic czterech stanów - jedyne takie w USA.. I około 250 mil do przejechania..

poniedziałek, 7 lipca 2014

Wielki Kanion jest naprawdę.. wielki.

06.07

Dosłownie i w przenośni.. Z atrakcjami, które są tak rozreklamowane i powszechnie znane często niestety bywa krucho - łatwo o rozczarowanie. Trochę sie tego bałem - po obejrzeniu tylu zdjęć co mogłoby mnie tu zaskoczyć ? Okazuje się że wszystko..
Po godzinnej podróży przez wypalony słońcem las i prerię, po baaardzo rozległej i płaskiej równinie (na poziomie ponad 2tys. metrów), i zaparkowaniu samochodu człowiek udaje sie spokojnym krokiem w kierunku krawędzi.. Muszę powiedzieć ze odczuwałem spore emocje.. Hmm.. w tym wieku i po odwiedzenia tylu rożnych miejsc.. ? A jednak. Po chwili przekonałem sie ze to emocje całkowicie uzasadnione. Nic nie odda tego zaskoczenia i wrażenia, przy pierwszej myśli: "kurnaś, to jest naprawdę cholernie głęboka dziura". Kanion po prostu zionie otchłanią. W dodatku ta cisza.. Pierwsze wrażenie i pierwsze spojrzenie skłaniają do stwierdzenia: to naprawdę jeden z piękniejszych widoków jakie w życiu widziałem.. Pozostawało tylko "chłonąć":







W parku spędziliśmy kilka godzin. Oprócz centralnego "Mother View" , przejechaliśmy jeszcze na "Grand View" i "Desert View". Miejsc widokowych jest wiele więcej, ale i te pozwalają się nasycić. Kolejna rzecz, która na pewno utkwi w pamięci..
Po drodze dalej - mała przygoda: mój ulubiony aparat fotograficzny został w przydrożnej restauracji. Z dużą częścią zdjeć z Kanionu.. Zorientowałem sie mniej więcej po 40 km. Powrót, ponad godzina stracona - aparat na szczęście nie. Uff..
Wieczór - w Page. Hotel udało sie znaleźć szybko, starczyło wiec czasu na wizytę w Wolmart'cie. Jak Ameryka to Ameryka :).
Ale zanim zakupy - była jeszcze wisienka na torcie - Horseshoe Bend. Jeśli to miejsce nie jest na liście siedmiu cudów swiata to należałoby sie zastanowić nad jej przeredagowaniem...



W Page zostajemy na 2 noce - jutro Kanion Antylopy.. Juz czuję dreszczyk :).
Tylko cholera już miejsca w IPadzie brakuje na backupy zdjęć..

Pan Bóg stworzył Wielki Canion, ale zamieszkał w Sedonie..

To powtarzane w przwodnikach stwierdzenie zdaje sie znajdować potwierdzenie w rzeczywistości.. Bajkowe otoczenie sprawia, że teraz nie dziwię się czemu tak wielu sławnych i bogatych ludzi ma tu swoje rezydencje. To co daje sie zaobserwować na 1szy rzut oka to fakt, ze mimo swoich rozmiarów doskonale zostały wkomponowaną w otoczenie..
Ranek rozpoczął sie od gorączkowych poszukiwań telefonu - całą noc przespałem w przeświadczeniu że został w sklepie poprzedniego wieczoru - jakieś 15km od hotelu. Już prawie wsiadłem do samochodu... na szczęście młode oczy Agnieszki wypatrzyly go pod łóżkiem.. Kupa kłopotów zaoszczędzona :).
Potem było już słonecznie i kolorowo:






Miasto jest wyjątkowe jeszcze z jednego powodu.. Okazuje sie ze mieszkańcy mają tak dużą siłę przekonywania że udało im sie "namówić" McDonaldsa, żeby miejscowy bar tej sieci jako jedyny na świecie miał logo w kolorze "niefirmowym". Sprawdziliśmy - i rzeczywiście, jest zielone ;):



Po południu przejazd do Wiliams - "bazy wypadkowej do Grand Canyon'u. Tym razem obyło sie bez burzy.. do czasu ;). Kolację rozpoczęliśmy przy stole na zewnątrz restauracji, skończyliśmy przezornie chowajac się przed ulewą.. Na kolacje miały być, 1szy raz w trakcie naszego pobytu steki, i były.. Niestety zimne :( i po godzinnym oczekiwaniu.. Jak widać - popsuć można wszystko, nawet steka w Stanach.Szkoda gadać..
Nasz motel znajdował sie przy starym odcinku kultowej Route 66 - daje sie to zauważyć na każdym kroku:



Dziś odkryliśmy ( ;) ) jedną bardzo fajną cechę amerykańskich moteli - maszyny do lodu do dyspozycji gości :). Przy upałach odchodzących do 40+ stopni to bardzo cieszy :)..