Droga z wybrzeża do Sesriem zajęła nam cały dzień. Niekoniecznie dlatego, że to tak daleko, ale zbytnio nam się nie spieszyło. Rano mieliśmy nadzieję na flamingi w porannym słońcu, ale słońca nie było - mgła/zachmurzenie sięgało kilka kilometrów w głąb lądu. Flamingów trochę było, ale im też chyba taka pogoda nie leży. Krajobrazy po drodze zaskoczyły mnie pozytywnie - spodziewałem się raczej pustynnych pustkowi a było całkiem urozmaicenie: stopniowo pojawiajła się sawannowa roślinność, potem doszły góry. Godzinę przed celem podróży niespodzianka: na skrzyżowaniu dróg w środku niczego piekarnia z pyszną szarlotką pieczoną na bieżąco (i innymi wyrobami nas bazie ciasta - próbowaliśmy też małych "tarteletek" z mięsem - były super). Nie wiem w promieniu ilu kilometrów stąd nie ma szarlotki - obłożenie lokalu wskazywało, że naprawdę wielu. Dwa noclegi nas kempingu gdzie pojawiają się hieny i szakale - coś tak miałczało w nocy.. Pobudka o 5.20 bo w Deadvlei chcieliśmy być o wschodzie słońca - o tej porze to miejsce magiczne. Zaraz po otwarciu bramy trochę surrealistyczna podróż w sznurze samochodów podobnych do nas, potem trochę irytowania się na tych co włażą w kadr 🙂 (szczególnie jedną francuzka grupa była wkurzająca - dwóch chłopaków z Polski ze statywami i teleobiektywami zdecydowanie nie pałało do nich miłością, ale trzeba przyznać że mieli powody - nie wiem czy złośliwość to we Francji cechą wrodzona, mam nadzieję, że nie). Okolice Deadvlei też są bardzo urocze - więc było co zwiedzać. I całkiem sporo tam wody.
Jutro cały dzień w samochodzie, więc pewnie wpisu nie będzie. Zostało nam cztery dni, w planie jeszcze drugi co do wielkości na świecie canyon i takie dziwne drzewa.. ;) No i spory dystans do przejechania.































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz