piątek, 19 czerwca 2026

Himba

Opuwo to południowa granica zamieszkiwania ludu Himba. Na północ stąd, aż do granicy z Angolą, rozrzucone jest wiele wiosek tego ludu: wg naszego przewodnika dzisiejsza populacja sięga 56 tysięcy osób. Dziś , po krótkiej porannej wizycie w mieście, odwiedziliśmy jedną ze wspólnot rodzinnych z jakich zbudowana jest taka wioska: akurat w tej wspólnocie żyje 35 osób, a cała wioska liczy około 600 mieszkańców. Naszym przewodnikiem był Himba wywodzący się z tej wioski, a odwiedziliśmy wspólnotę jego wuja. Jeżdżąc po świecie wielokrotnie odwiedzaliśmy „miejscowych”, ale dzisiejsze doświadczenie bez wątpliwości zaliczam do „once in the life experience”: jak dotąd nie mieliśmy okazji odwiedzić ludzi w miejscu ich autentycznego funkcjonowania (nawet jeśli ktoś nam to próbował wmówić). Gros wcześniejszych doświadczeń „trąciło  w mniejszym lub większym stopniu tzw. cepelią”. Dziś było (wreszcie) inaczej: zajrzeliśmy na chwilę do realnego życia miejscowych, którzy dziwią się co takiego ciekawego widzą w nich jacyś biali z Bolandy. Ci ludzie w dalszym ciągu nie zdają sobie sprawy, że pół świata wie, że gdzieś w Afryce mieszka plemię, którego kobiety barwią sobie włosy ochrą wymieszaną z tłuszczem (dostarczyliśmy trochę :) ) i (chyba) gliną. Dla nich to zwyczajna czynność: raz na trzy miesiące trzeba przygotować mieszankę i nałożyć na włosy. Ochra służy jeszcze do innych rzeczy: np. do nacierania ciała. Dbałość kobiet Himba o urodę (nie tylko włosy i ciało natarte ochrą, ale też np. zapach czy piękny strój) jest uderzająca. Dowiedzieliśmy się dziś o tych ludziach mnóstwa ciekawych rzeczy. Np. że żyją we wspólnotach rodzinnych, które nie składają się wyłącznie z par z dziećmi, że mają często 10-11 potomstwa: 3 do pilnowania kóz, trzy do owiec, trzy do krów a jedno (matka decyduje które) posyłane jest do szkoły. Podstawową „walutą” jest koza. Jeśli czegoś potrzebują (a nie potrzebują chyba zbyt często) to negocjują ile mogą dostać za kozę (np. czy jedna wystarczy na transport chorego dziecka do szpitala). Niestety kozą nie da się zapłacić za wszystkie dobra, ale wcale nie mam pewności, że tak wielu tych dóbr naprawdę potrzebują. Wg naszych kategorii są bardzo biedni, ale w swoim prostym rytmie dożywają 80-100 lat. Bez stresu, właśnie w swoim rytmie, z wyraźnym podziałem obowiązków i bez niepewności. 

Nasz przewodnik był tym z dziesięciorga rodzeństwa, które wysłano do szkoły i zaznaje dóbr dzisiejszej cywilizacji, ale twierdzi, że życie w mieście jest strasznie stresujące w porównaniu z tym wiejskim.. Wiarą tych ludzi jest wiara w przodków, z którymi rozmawiają za pomocą świętego ognia. Nie potrzebują Boga chrześcijan czy muzułmanów. Ciekawe jak długo wytrwają w swoich wspólnotach w świecie agresywnych social mediów. Żeby dojechać do wioski musieliśmy przejechać kilkanaście km na północ drogą szutrową, a następnie skręcić w bok - jeszcze jakieś 2 km wśród zarośli i w potwornym pyle. Przyjrzeliśmy się co robią, jak mieszkają, jak są zorganizowani (mężczyźni zajmują się zwierzętami, kobiety -resztą, wspólnotą rządzi wódz, wioska ma swojego „naczelnika”). Jak ktoś byłby zainteresowany to żona kosztuje kilkanaście kóz (w przeliczeniu na złotówki - pojedyncze tysiące PLN) lub jedną do kilku krów (zależy jak bardzo robotna - można negocjować). Trochę szkoda, że tak krótko to wszystko trwało, ale nie czulibyśmy się dobrze zawracając im głowę dłużej. Z jedzenia, które przywieźliśmy bardzo się ucieszyli. Jutro - w drogę na południe, przez Damarland.










































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz