Nie zawsze jest niedziela. Tak mówią. Nasza zaczęła się teoretycznie pechowo: zamknęli drogę, którą rano chcieliśmy dojechać do waterhola, no co za pech. Ale zanim się o tym przekonaliśmy - pierwsze spotkanie tego ranka: naszą drogę przecięły dwie hieny, niespiesznie podążające na północny zachód - w kierunku oczka wodnego właśnie. Trochę nam uciekły, ale zdążyliśmy im się przyjrzeć i zrobić zdjęcia. Po chwili - wspomniany objazd: nie było rady - trzeba było skręcić w kierunku wschodzącego słońca. Po kilku kilometrach, z odległości około 200m dojrzałem cztery sylwetki zwierząt idące wprost w naszym kierunku. Na początku nie mogłem uwierzyć własnym oczom: lwica i trzy młode 🙂, w dodatku pięknie podświetlone słońcem. Młode - przeurocze. Jeszcze tylko sprawny podjazd i manewr mojego (dziś) super kierowcy, dzięki czemu auto zostało ustawione przez Izę w pozycji umożliwiającej zrobienie zdjęcia (kosztem jej dogodnej pozycji - co za kochana żona ♥️ ) - i można było zaznać pełni szczęścia. Gdyby rzeczywiście nie była dziś niedziela, to od tego momentu i tak by była..
Oba poranne spotkania trwały mniej więcej po dwie minuty. Czyli gdybyśmy pojawili się tam trzy minuty wcześniej lub później, albo gdyby nie zamknęli tej cholernej drogi.. Będziemy w Etosha jeszcze 3.5 dnia - ciekawe czy uda nam się jeszcze zobaczyć któreś z tych zwierząt.
Emocje pojechaliśmy studzić przy waterhole o nazwie Nuamses - nikogo tam nie spotkaliśmy. Po wyjeździe stamtąd , jakieś siedemdziesiąt metrów na lewo od nas, coś przykuło moją uwagę na sawannie: nad trawę wystawały.. uszy :) Trochę w bok - druga para. Po bliższym przyjrzeniu: dwie głowy lwic 😋. No niedziela pełną gębą. Po chwili jedna z nich usiadła, dzięki czemu mogliśmy przyjrzeć jej się bliżej, zaraz potem - położyła się w trawie i tyleśmy ją widzieli. Co za dzień..
Łącznie snuliśmy się około 5h, widzieliśmy jeszcze szakale, trochę antylop (mnóstwo jest tu skoczników antylopich, bardzo ładnych antylop, o których Iza wyczytała, że są jednymi z najszybszych na świecie, są jeszcze impale, kudu, malutkie dik dik, oryksy i gnu) i kilka rodzajów nowych dla nas gatunków ptaków, włączając w to ogromnego orła. Dwa małe niebiesko-czarne ptaszki z czerwonymi oczami, których jest tu mnóstwo, uparły się nawet, że będą siedzieć na naszych lusterkach wstecznych..
Wieczorem - pieczone mięso na ogniu z zakupionego drewna - wyszło super 🙂. A i piwo mają tu niezłe.
Jutro zmieniamy obóz.















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz