niedziela, 28 czerwca 2026

Drzewa kołczanowe i przygody na koniec

Las drzew kołczanowych niedaleko Keetmanshoop, był ostatnim z planowanych punktów podróży. Zatrzymaliśmy się na kempingu tuż obok wejścia dzięki czemu spokojnie mogliśmy podziwiać drzewa o zachodzie i wschodzie słońca. "Spokojnie", nie licząc łącznie czterech autobusów Chińczyków (Japończyków ?). Hałaśliwi więc obstawiam Chińczyków 🙂. Drzewo to z kolei za dużo powiedziane - tak naprawdę to ogromne aloesy o zdrewniałych pniach (idealne miejsce na dziuplę 😉). Na oko niektóre dochodzą do 7-8 wysokości, a najstarsze mają po 300 lat. Powłóczylismy się do woli - jak dla mnie wschód słońca wygrywa. W lesie było też sporo ptaków i kilka rodzin Góralków skalnych - futrzaków podobnych do świnki morskiej ale wielkości naszej nutrii. Są bardzo ciekawskie i śmiesznie ziewają. Na campingu nie dało się uniknąć towarzystwa pary Rosjan: dość osobliwe towarzystwo: Rosjanin z Donbasu rozbijający się po kilku krajach Afryki południowej w towarzystwie młodej kobiety. Z krótkiego opowiadania wynikało że parę Safari zaliczyli po drodze. 

Rano mieliśmy do wyboru dwie drogi na północ: prosto asfaltem i okrężną, drogą szutrową przez pustynię. Wybraliśmy wariant nr 2. Początkowo dobrej jakości droga z czasem przecinana była coraz większą ilością pozostałości po okresowych rzeczkach które ją przecinały. Niektóre niestety wypełnione wodą.. Jednej z kolejnych nie dało się wyminąć - trzeba było zdecydować: środkiem czy po lewej. Wybraliśmy wariant po lewej. Błąd - piach przy krawędzi był bardzo grząski, wystarczyła chwila i nawet reduktor naszego Hiluxa nie dał rady :(. Musiałem wyleźć w tę breję i przy pomocy dwóch czarnoskórych dżentelmenów, nie mówiących wprawdzie po angielsku, ale za to obecnych mi stąd ni zowąd we właściwym miejscu we właściwym czasie w środku niczego, radzić sobie w tej błotnej sytuacji. Parę kamieni i gałęzi załatwiło sprawę, ale drugiej próby nie podjęliśmy - trzeba było zwrócić. 2 h w plecy. Teraz już po ciepłej kąpieli w przyjemniej lodge'y: jeszcze tylko kolacja, ostatni nocleg i jutro w drogę: najpierw do stolicy, potem na lotnisko.






































piątek, 26 czerwca 2026

Fish River Canyon

Dzisiejszy dzień przywitał nas.. deszczem. Wiadomo, pora sucha, region kraju o jednym z najniższych poziomie opadów (rosną tu drzewa kołczanowe przystosowane do ekstremalnie suchych warunków), więc logiczne jest, że trochę popada. Reklama niesponsorowana: yr.no jest zdecydowanie najlepszą prognozą pogody. Koniec reklamy.

Wczoraj o wschodzie słońca pojechaliśmy nad drugi największy na świecie (tak piszą) kanion świata. Równo o wschodzie, na słońce nasunęła się ogromna chmura, która skutecznie je zasłaniała, gdzieś do 9.30. Co generalnie było dobrą wiadomością bo przynajmniej później przez jakieś 2 h niebo było czyste, co ma znaczenie dla kogoś kto raz w życiu jest w tym miejscu i chciałby zrobić fajne zdjęcia. A nie każdy musi mieć fotki o golden hr. Kanion robi wrażenie: widok jest rozległy, wąwozy przepastne,  słychać płynącą rzekę i skojarzenie z Grand Canyonem jest jak najbardziej uzasadnione (w odróżnieniu od paru innych, "pretendujących"). Od rana byliśmy zupełnie sami: ogromna przestrzeń, cisza.. chciało się tam być. Odwiedziliśmy kilka punktów widokowych, telepiąc się po strasznych wertepach. Po jakimś czasie pojawiło się kilka samochodów, ale tłoku zdecydowanie nie było. Niniejszym przekazuję pozdrowienia dla pewnej niemieckiej turystyki, która tak zapamiętale"trzaskała" kolejne fotki, że świata poza sobą nie widziała. Dobrze że nie spadła. Szacun. Szczególnie dla jej męża, który nie zrobił żadnego zdjęcia - anielska cierpliwość powinna być nagradzana specjalnie. Lodge obok której spędziliśmy ostatnie dwie noce to też mała oaza dla miejscowych ptaków: parę gatunków dodanych do listy. Miejsce w którym jesteśmy jest kilkadziesiąt km od granicy z RPA. Parę dni temu byliśmy w podobnej odległości od Angoli więc można powiedzieć że przemierzyliśmy całą Namibię. Od dziś zaczynamy wracać w kierunku stolicy, co zajmie nam dwa dni. Powoli przestaje padać, więc trzeba będzie zacząć się zbierać..













środa, 24 czerwca 2026

Deadvlei

Droga z wybrzeża do Sesriem zajęła nam cały dzień. Niekoniecznie dlatego, że to tak daleko, ale zbytnio nam się nie spieszyło. Rano mieliśmy nadzieję na flamingi w porannym słońcu, ale słońca nie było - mgła/zachmurzenie sięgało kilka kilometrów w głąb lądu. Flamingów trochę było, ale im też chyba taka pogoda nie leży. Krajobrazy po drodze zaskoczyły mnie pozytywnie - spodziewałem się raczej pustynnych pustkowi a było całkiem urozmaicenie: stopniowo pojawiajła się sawannowa roślinność, potem doszły góry.  Godzinę przed celem podróży niespodzianka: na skrzyżowaniu dróg w środku niczego piekarnia z pyszną szarlotką pieczoną na bieżąco (i innymi wyrobami nas bazie ciasta - próbowaliśmy też małych "tarteletek" z mięsem - były super). Nie wiem w promieniu ilu kilometrów stąd nie ma szarlotki - obłożenie lokalu wskazywało, że naprawdę wielu. Dwa noclegi nas kempingu gdzie pojawiają się hieny i szakale - coś tak miałczało w nocy.. Pobudka o 5.20 bo w Deadvlei chcieliśmy być o wschodzie słońca - o tej porze to miejsce magiczne. Zaraz po otwarciu bramy trochę surrealistyczna podróż w sznurze samochodów podobnych do nas, potem trochę irytowania się na tych co włażą w kadr 🙂 (szczególnie jedną francuzka grupa była wkurzająca - dwóch chłopaków z Polski ze statywami i teleobiektywami zdecydowanie nie pałało do nich miłością, ale trzeba przyznać że mieli powody - nie wiem czy złośliwość to we Francji cechą wrodzona, mam nadzieję, że nie). Okolice Deadvlei też są bardzo urocze - więc było co zwiedzać. I całkiem sporo tam wody.

Jutro cały dzień w samochodzie, więc pewnie wpisu nie będzie. Zostało nam cztery dni, w planie jeszcze drugi co do wielkości na świecie canyon i takie dziwne drzewa.. ;) No i spory dystans do przejechania.