piątek, 13 lutego 2026

Key West - Ameryka jakiej nie lubię..

 Zaraz po wczesnym śniadaniu - w drogę na koniec USA. Znaczy - południowy koniec. Miało być około 3h ,wyszło 4 bo po drodze wypadek. Key West, i w zasadzie - wszystkie „Keys” po drodze, to jedno z miejsc gdzie rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż wyobrażenia. Starałem się, zresztą tradycyjnie, nie wyobrażać zbyt wiele, jednak gdzieś z tyłu głowy miałem przed oczami surowy przylądek z jakąś osadą, port rybacki i marinę, a po drodze - drogę wijącą się wśród turkusowych wód zatoki meksykańskiej. W realu - odczucia mam baaardzo mocno ambiwalentne. No bo miasto na końcu ciągu wysp ma swój urok, powiedzmy - w niektórych miejscach.. Np. ogromne drzewa z korzeniami wystającymi wprost z gałęzi - baaaaardzo rozłożyste. Z wyobrażenia pozostał też przepiękny turkus wody. Poza tym - wybetonowane „koryto” od Miami po kraniec ostatniej wyspy. Każdy dostępny skrawek lądu po drodze zajęty na rezydencje - tych bogatszych i tych trochę mniej. Każdy oczywiście musi mieć swój dostęp do wody i własną łódź.. Jak Hemingway i Roosevelt mieli tu swoje domy, to ja też przecież muszę. W samym Key West w oczy rzucają się dziesiątki, jeśli nie setki, „kondominiów”: otwartych, częściowo zamkniętych i zamkniętych, z tysiącami domów wewnątrz. Przez całą długość drogi jeden ciągły sznur samochodów: trudno sobie wyobrazić gdzie one się mieszczą.  Przyroda przytłoczona kompletnie przez ten natłok. Efekt - dla mnie przygnębiający. Klasyczny rezultat owczego pędu do posiadania domu w pierwszej linii wybrzeża. Efekt - wszyscy mają, na oko - ze sto tysięcy domów lub więcej 😥. Tysiące marin, dziesiątki tysięcy łodzi różnej maści.. Wiem, że nie wrócę tu na pewno.

Popołudnie spędziliśmy na żaglowym szkunerze z napędem silnikowym. Rejs w okolice pobliskich wysp, które okazały się ogromnymi kępami mangrowca. Snorkeling - rozczarowujący. W okolicy jest podobno jedna z piękniejszych raf, a my oglądamy podwodny trawnik, w dodatku - podniszczony. Gdybym nie natknął się na ogromnego homara i kilka sporych ryb - nie byłoby co oglądać :(. Na szczęście kajaki okazały się fajnym doświadczeniem, potem jeszcze zachód słońca na morzu z kieliszkiem wina w dłoni. Szkoda że walentynki dopiero pojutrze bo byłyby zaliczone 🙂. O wschodzie słońca wybraliśmy się na mały spacer plażą - przyjemnie się przejść wśród rezydencji i bloków nad morzem :). Potem odwiedziliśmy dom Hemingwaya - bardzo fajne miejsce, aż chce się przeczytać więcej niż tylko „Starego człowieka”. Wszędzie pełno kotów sześciopalczastych. Chill out pełną gębą 🙂. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się  na jednej z wysp po drodze, w poszukiwaniu dzikiej przyrody: zaliczony jeden jaszczur na drzewie, ptaki - odleciały.

Jutro zaszalejmy na airboatach. Wybraliśmy takie mniejsze żeby było bardziej kameralnie. 



















środa, 11 lutego 2026

Rowerem wśród krokodyli

W zasadzie to aligatorów a nie krokodyli, bo wygląda na to, że wszystkie widziane dziś po drodze kreatury to aligatory (bardziej czarne, zaokrąglone pyski). Pobudka o 6stej i po śniadaniu transfer do Shark Valley. Na miejscu wypożyczyliśmy rowery i udaliśmy się szlakiem wzdłuż kanału, do wieży obserwacyjnej i z powrotem - pętla około 25 km. Po drodze - co chwila przystanek. Głównie z powodu ptaków, ale nie tylko. Droga „usiana” jest aligatorami, we wszystkich rozmiarach. Również - świeżo wyklute. Całą trasę zrobiliśmy bez pośpiechu - integracja z naturą całą gębą. Bardzo przyjemny dzień. Po południu miała być wioska indiańska ale okazało się że Indianie we wyrku nie pracują, więc było „scenic drive” - szutrowa w większości droga z przystankami na.. podglądanie ptaków i krokodyli :). Klimat trochę inny niż w samym Everglades gdzie przeważają trawy i zarośla: tu las mangrowy i cyprysy. Po drodze był jeszcze spot gdzie było mnóstwo białych ibisów i czapli obżerających się małymi rybkami, liczyliśmy też na różowe warzęchy ale były bardzo daleko. Na szczęście w drodze powrotnej udało się wypatrzeć dwie całkiem blisko - to naprawdę piękne ptaki. Cały dzień blisko przyrody.. Pięknie.

















wtorek, 10 lutego 2026

Sponsor odcinka: PLL LOT

Mam nadzieję że sponsorem odcinka Gdańsk - Miami zostaną PLL LOT, bo w pełni na to zasłużyły. Najpierw planowe 2h opóźnienia, bo samolot z Dominikany miał poślizg. Potem - przesuwanie godziny odprawy co pięć minut - o pięć minut. Pasażerowie byli informowani o tym w ostatniej chwili. Łącznie trwało to z godzinę. Potem: „procedura specjalna”, czyli samolot z pasażerami podjeżdża pod warsztat, gdzie wsiada na chwilę technik.. Nie ściemniam. Potem jeszcze rutynowe odmrażanie. Łącznie na starcie zebrało się ponad 4h spóźnienia. Wygląda na to, że pilot robił wszystko żeby to zniwelować (powyżej 3h przysługuje pasażerom spore odszkodowanie), ale brakło czterech minut. Jak trochę odpocznę to z „dziką satysfakcją” napiszę stosowny wniosek. Drogi LOCIE: wybraliśmy was specjalnie bo połączenie miało być sprawne i szybkie ! I jeszcze ten ścisk w Dreamlinerze, i fotele dla pasażerów, bardzo wygodne do < 180cm wzrostu. Powyżej - Madejowe łoże. Wrrr.. Następna podróż - Lufthansą. 

W Miami dość ciepło - ca 23-24 stopnie. W zestawieniu z niedawnym -20 w GDN - miła odmiana. Kontrola imigracyjna wyjątkowo sprawna tym razem - max 10 min., bez żadnych kłopotów. Wynajem auta też.

 Po tradycyjnym gofrze na śniadanie - od razu uderzamy z „dużego C” - Anhinga Trail to miejsce magiczne: aligatory, żółwie, mnóstwo ptaków, piękną roślinność. Myślę, że z półtora tys. zdjęć przez te 2-3h „się napstrykało”.. Lunch we Flamingo Restaurant - najlepszej knajpie w tej części Everglades. Jednocześnie - najgorszej, bo - jedynej. Na goglach ma czwórkę, naszym zdaniem - bardzo mocno naciąganą, tak gdzieś z dwójki.. Nawet jak na amerykańskie jedzenie to było to straszne. Jeszcze do tej pory zapijamy colą i czerwonym winem.. Po południu parę krótkich „szlaczków” wzdłuż drogi w południowej części parku, ale porannych wrażeń nic nie było w stanie przebić. No, może spalone skrzydełka uwalane w sosie BBQ.. 

Jutro Everglades ciąg dalszy.