środa, 18 lutego 2026

Crystal River: bardzo lubię manaty o poranku

Dziś dzień w rytmie w jakim poruszają się te potulnie wyglądające zwierzaki: spokojnie, bez niepotrzebnych ruchów i nagłych zrywów. Przynajmniej o tej porze roku, kiedy chronią się w ciepłych wodach ujęcia Crystal River, w okolicach Kings Bay. Z punktu widzenia przewodników oferujących wspólne pływanie z manatami: im zimniej tym lepiej, bo więcej zwierząt chroni się w rzece i turyści bardziej zadowoleni. A że wczoraj pogoda się trochę załamała i dziś rano było tylko około 13 stopni to można rzec: trafiliśmy idealnie.. Wypływając około 8.30, na grubą piankę naciągnąłem jeszcze kurtkę, a i tak trochę przewiewało.. Woda cieplejsza od powietrza więc zaburzenie przyniosło trochę ulgi, ale generalnie - za gorąco nie było. Jest wieczór i mam katar - jak to nie skończy się grubszym przeziębieniem to znaczy że z odpornością nie jest tak źle. Pływaliśmy około 1,5 h razem z setkami innych turystów, starając się nie zadeptać siebie nawzajem i tych miłych zwierząt w szczególności. Mimo wszystko - wrażenia dobre: momentami manaty ocierały się o nas przepływając obok i nie zwracając na nas uwagi. Łącznie widzieliśmy z bliska co najmniej kilkanaście sztuk, może ponad dwadzieścia. Przewodnik bardzo się starał (babcia Polka - wiadomo), kapitan bardzo miły - czas dobrze. Późne drugie śniadanie zjedliśmy w bardzo lokalnym barze z polecenia naszych przewodników - klimat nie do podrobienia, jedzenie, o dziwo, bardzo dobre. Popołudnie suszyliśmy na plażowaniu w Rainbow Springs - rodzinny teren z krystalicznie czystą wodą do kąpieli.

Miało dziś nie być o ptakach ale wczoraj słowo się rzekło a dziś.. orzeł na drzewie. A właściwie dwa piękne bieliki amerykańskie. Ogromne i jak nazwa wskazuje - prawie całe czarne :). Na Florydzie nie da się bez ptaków..


















wtorek, 17 lutego 2026

Crystal River - w środku przyrody

Dziś odwiedziliśmy kilka „ptasich spotów” wzdłuż Crystal River. Bez pośpiechu, od czasu do czasu podglądając co słychać u niektórych gatunków. Były rybołowy (znów nie zdążyłem na moment polowania 🙁 😡😬), rybitwy o bardzo dziwnych dziobach, które bardzo chcieliśmy zobaczyć (i rybitwy i dzioby..) , kilka grup pelikanów próbujących ukraść połowy wędkarzom albo sobie nawzajem i czaple - w tym dwie, których wcześniej nie widzieliśmy, a które bardzo wdzięcznie nam pozowały. Oczywiście nieodłączne ścierwniki są wszędzie, czasami robi się dziwnie gdy nad głową krąży kilkanaście-kilkadziesiąt sztuk, a w pobliżu nie ma nikogo.. Orłów póki co ciągle brak, a Floryda to stan z największą populacją bielików amerykańskich. Hmm..

 Jutro rano snorklujemy z manatami, więc na chwilę odpoczniemy od ptaków. Chociaż, w drodze, płynąc rzeką.. Się zobaczy.





























poniedziałek, 16 lutego 2026

Widziałem orła cień: Celery Fields

 Celery Fields na przedmieściach Sarasoty miały być krótkim przerywnikiem o poranku przed dalszą l podróżą. Licząc z późną kawą z „coffe trucka” zeszło nam do południa. Niepozorny na mapie teren okazał się być doskonałym miejscem do obserwacji ptaków (głownie po to przyjechaliśmy na Florydę choć nie tylko :) ). O świcie była całkiem spora mgła i żurawie wyglądały jak zjawy. Kilkoro ptasiarzy na coś czekało, a my nieświadomi niczego rozglądaliśmy się lekko zaspani. Po chwili powód oczekiwań wyłonił się z mgły. Sokoły Caracara są dość popularne w Ameryce środkowej, ale na Florydzie występuje ich podobno tylko około 400tu - stąd chyba wreszcie widoczny błysk w oku ptasiarzy gdy dwa przeleciały nad nami.. Caracara są piękne: pomarańczowy dziób i lekko czerwona twarz wyraźnie kontrastują z białą szyją i czarnym tułowiem. Masywną sylwetką i wielkością bardzo przypominają orła. Miejscowi twierdzą że jedna para musi mieć gniazdo w okolicy dlatego zjeżdżają akurat do tego miejsca, licząc na szczęście. My mieliśmy podwójne, bo po około trzech godzinach pojawił się jeszcze jeden, całkiem nieźle widoczny. W międzyczasie inne spektakularne widowisko urządził nam rybołów, który wyglądem również przypomina całkiem sporego orła. Najpierw widziałem osobnika, który uciekał ze złowioną rybą w szponach, a potem inny (?) krążył dłuższą chwilę tuż nad naszymi głowami, „zawisając” kilka razy w powietrzu. Do tego - oświetlenie było bardzo dobre - aparaty lekko się nagrzały.. To nie były oczywiście jedyne gatunki dziś zaobserwowane - łącznie Iza naliczyła ich około trzydziestu, w tym - pięknie prezentujące się w porannym słońcu ibisy kasztanowate. Ten „chodzący po niebie” również.. A miał być tylko krótki przerywnik :). 

Kawa z „Cafe trucka” smakowała po wszystkim bardzo dobrze :).

Po południu przemieszczaliśmy się powoli w kierunku Cristal Springs, po drodze przez Sunshine Skyway Bridge. Widoki niczego sobie. Wieczorem całkiem spora burza - zimowe lato w pełni. Jutro „lazy day” a pojutrze rano trochę popływamy z manatami.