poniedziałek, 8 czerwca 2026

Między dwoma pustyniami

Afryka była trochę przez nas dotąd „zaniedbana”, wiadomo - nigdy nie wiesz co na tobie usiądzie i gdzie ugryzie.. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na tą najbezpieczniejszą opcję - dla tych co pierwszy raz Namibia wydaje się najlepszym wyborem. Ostatni tydzień przed wyjazdem dał mi w kość - antybiotyk ciągle jeszcze biorę i sił trochę mało, pozostaje liczyć na adrenalinę.. jak już nieraz w przeszłości. Jestem bardzo ciekawy tego miejsca bo patrząc na mapę mogłoby się wydawać, że to jedno wielkie pustkowie, w dodatku, nie licząc Grenlandii, to jeden z trzech najsłabiej zaludnionych krajów na świecie. Wciśnięty między dwie pustynie, o surowym klimacie. Tyle że surowe piękno potrafi być naprawdę poruszające, o tym już mogliśmy się przekonać nie raz..

Procedury na lotnisku (taki Radom z palmami..) ciągnęły się dość długo, ale nigdzie nam się dziś nie spieszy (niech sobie wklepują ręcznie do komputerów te „on line” wnioski wizowe, trochę ludzi musi mieć zatrudnienie). Bagaże na taśmach kręcą się i kręcą, potem obsługa je zdejmuje i zostawia na podłodze, więc jak już udało się wygramolić z hali imigration można sobie coś wybrać..  Nasz driver czekał cierpliwie: po wizach jeszcze ca 40 min w kolejce po kartę SIM, potem pół h żeby wymienić kasę. Widać, że spieszą się tu w swoim tempie - trzeba będzie się przyzwyczaić. Jak wielu turystów tutaj wybraliśmy opcję self drive - około południa odebraliśmy prawie nową Toyote Hilux, z pełnym campingowym wyposażeniem: to nasz dom na najbliższe trzy tygodnie. Lunch w Joe’s Beerhouse , knajpie do której prowadzą wszystkie drogi w stolicy Namibii, łącznie z tą wyznaczoną przez chata gpt (dobrze - tylko drogo), następnie zakupy - już na ostatnich nogach. To był spokojny dzień, ale jednak bardzo intensywny, wliczając w to 15h lotów. Nocleg też nie sprzyja wylegiwaniu się - domki mieszkalne położone są w przyjemnym ogrodzie - miały być słonie, żyrafy i nosorożce, były póki co.. ptaki :). Całkiem kolorowe. W ogóle jeśli chodzi o kolory zapowiada się całkiem dobrze - np. wschód słońca nad Kalahari wyglądał pięknie. Jutro - w busz..
















poniedziałek, 23 lutego 2026

Okeechobee - aligator wrestling w stylu dowolnym i magia poranka

Nasze przedostatnie dwa dni spędziliśmy w pobliżu największego na Florydzie jeziora - Okeechobee. Samo jezioro (bezkresne - końca nie widać) interesowało nas mniej, za to wyjazd do Stanów bez rodeo i muzyki country - wiadomo, byłby stracony. Sobotę spędziliśmy na lokalnym festynie w Brighton, na terenie rezerwatu Seminoli, a poranek - na.. rozlewisku w okolicach miejscowości Okeechobee 🙂. Festyn to dla nas nie tylko atrakcje, to też możliwość podejrzenia czym i jak się bawią lokalni Amerykanie. Największą widownię zgromadziło rodeo i koncert wschodzącej gwiazdy muzyki country (jak dla nas - bardzo wchodzącej.. wysłuchaliśmy tylko trzech piosenek - może to z powodu różnic kulturowych ? ). Było też współzawodnictwo w aligatorowych zapasach w stylu wolnym (tradycyjny amerykański sport, wiadomo), pokazy węży (oczywiście - bardzo jadowitych, z kobrą na czele, mrozi krew w żyłach mimo potwornego upału 😁) i tańce Apaczów z gór białych. Apache z lekką nadwagą, ale tańce całkiem fajne :). Wieczorem wszyscy rzucili się na koncert wspomnianej gwiazdy - trzeba przyznać, że obecni bawili się cały dzień całkiem dobrze. Oczywiście były też łopocące flagi, orkiestra z lokalnego college’u (wibracje i energia) i hymn. Odśpiewany nawet dwa razy 🧐. Byliśmy wyczerpani.. „Refleksja dnia”: Seminole nauczyli się bardzo dobrze „trzepać kasę” na Amerykanach. I bardzo dobrze. Przy okazji: na stoiskach pełno koszulek z wizerunkami wodzów indiańskich i podpisem: „pierwsza służba wewnętrzna chroniąca kraj przed złodziejami ziemi - od 1492 roku”

Rano - to co lubimy chyba najbardziej. Rozlewisko, poranne mgły i przestrzeń. Było trochę inaczej niż na innych ptasich spotach, ale magię dało się poczuć. Szkoda, że czas do miasta..



































sobota, 21 lutego 2026

Canaveral i okolice

 Ostatnie dwa dni siedzieliśmy w okolicach Orlando. Kwatera którą znaleźliśmy na przedmieściach w zasadzie wymagałaby oddzielnej opowieści. Przytulne mieszkanie z bardzo troskliwymi opiekunami: lodówka pełna jedzenia, przed przyjazdem dopytali o ulubione pieczywo i owoce, w rezultacie na stole w kuchni czekał na nas chleb na zakwasie i świeże truskawki.. Następnego dnia wieczorem z kolei znaleźliśmy dwa orzechy kokosowe in instrukcję obsługi. To z troski gospodarzy o odwodnienie :). Przemknęło mi przez chwilę przez myśl, że to nawet lekka nadopiekuńczość.. ale przecież nie będę się czepiał. Pierwszy dzień to oczywiście centrum kosmiczne im. Kennedy’go - tematyczny park rozrywki zbudowany na amerykańskiej dumie. Zanim otworzyli kasy - dwie kolejki odśpiewały wspólnie (jakoś tak nieśmiało - fakt) amerykański hymn na tle łopocących flag Potem jeszcze wielokrotnie dało się odczuć, że całość bardzo mocno nastawiona jest na poczucie patriotyzmu i dumy (np. przekaz wielu puszczanych tam filmów), ale trzeba im oddać - mają z czego być dumni w tym przypadku. Dla mnie - możliwość „dotknięcia” Saturna V, który dowiózł ludzi na księżyc czy popatrzenia z bliska na prom kosmiczny to niewątpliwe przeżycie. Dodatkowo - za trzy tygodnie będzie ciąg dalszy - rakieta programu Artemis (SLS), którą ludzie znów polecą w kierunku księżyca już stoi na stanowisku startowym i trwają ostatnie przygotowania..

Drugi dzień od rana to Orlando Wetlands. Nie wiem czy przypadkiem nie jest to najlepsze miejsce dla „pieszych” (czyli - nie z łódki) ptasiarzy na Florydzie. Brakowało mi trochę warzęchy różowej to dostaliśmy ich kilkadziesiąt, w różnych konfiguracjach. Jest okres lęgowy więc właśnie wykluły się też malutkie warzęchy.. Do tego młode czaple (bardzo urocze), żurawie wysiadujące jaja i mnóstwo innych ptaków. Pogoda piękna. Gdyby tak szybko nie robiło się gorąco pewnie siedzielibyśmy tam cały dzień. Prawie raj..