wtorek, 9 czerwca 2026

Termitiery i zwierzaki - Okonjima

Około 200 km na północ od Windhoek znajduje się prywatny rezerwat Okonjima. Główną atrakcją są dziko żyjące lamparty, choć innych zwierząt jest tu całkiem sporo. Ze stolicy wyjeżdża się autostradą, która dość szybko zamienia się w drogę jednojezdniową, póki co ciągle asfaltową. Ostatnie 20 km trzeba skręcić na zachód i tu już asfaltu nie ma.. Są za to kolejno dwa ogrodzenia - oba pod prądem. Jedno wokół całego rezerwatu, żeby lanparty nie uciekły, drugie - wokół jego wewnętrznej części gdzie znajdują się campy i lodge - to z kolei, żeby się nie dostały do środka. Lampart atakuje błyskawicznie i pazury ma bardzo ostre. Na dwudziestu paru tysiącach hektarów rezyduje ca 35 lampartów, oprócz tego - guźce, żyrafy, zebry, oryksy i parę innych antylop których  jeszcze nie znamy. 

Droga od samej stolicy usiana termitierami, niektóre - bardzo okazałe, po kilka metrów wysokości. Już po drodze do ośrodka ( prowadzi się tu też obserwacje i badania zachowań lampartów) widzieliśmy sporo zwierząt, główna atrakcja to jednak „wyższa szkoła jazdy”: dobry kierowca, pełny off road po buszu i antena z odbiornikiem do radiolokacji - 25 kotów ma założone nadajniki. Ale nawet tak oznakowane znaleźć jest trudno. Nam udało się po trzech godzinach poszukiwań - tuż przed zmrokiem. Było warto - mogliśmy zobaczyć kilka osobników (być może to były 2-3 które się przemieszczały) z całkiem bliska. Wisienka na torcie to samica wspinająca się na termitiery o zachodzie słońca w poszukiwaniu kolacji.. 

Dziś pierwszy nocleg na campie, w namiocie na dachu. Przyjechaliśmy już po zmroku, teren ogromny, nikogo nie ma, mleczna droga nad nami. Oby noc była cieplejsza od wczorajszej..


























poniedziałek, 8 czerwca 2026

Między dwoma pustyniami

Afryka była trochę przez nas dotąd „zaniedbana”, wiadomo - nigdy nie wiesz co na tobie usiądzie i gdzie ugryzie.. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na tą najbezpieczniejszą opcję - dla tych co pierwszy raz Namibia wydaje się najlepszym wyborem. Ostatni tydzień przed wyjazdem dał mi w kość - antybiotyk ciągle jeszcze biorę i sił trochę mało, pozostaje liczyć na adrenalinę.. jak już nieraz w przeszłości. Jestem bardzo ciekawy tego miejsca bo patrząc na mapę mogłoby się wydawać, że to jedno wielkie pustkowie, w dodatku, nie licząc Grenlandii, to jeden z trzech najsłabiej zaludnionych krajów na świecie. Wciśnięty między dwie pustynie, o surowym klimacie. Tyle że surowe piękno potrafi być naprawdę poruszające, o tym już mogliśmy się przekonać nie raz..

Procedury na lotnisku (taki Radom z palmami..) ciągnęły się dość długo, ale nigdzie nam się dziś nie spieszy (niech sobie wklepują ręcznie do komputerów te „on line” wnioski wizowe, trochę ludzi musi mieć zatrudnienie). Bagaże na taśmach kręcą się i kręcą, potem obsługa je zdejmuje i zostawia na podłodze, więc jak już udało się wygramolić z hali imigration można sobie coś wybrać..  Nasz driver czekał cierpliwie: po wizach jeszcze ca 40 min w kolejce po kartę SIM, potem pół h żeby wymienić kasę. Widać, że spieszą się tu w swoim tempie - trzeba będzie się przyzwyczaić. Jak wielu turystów tutaj wybraliśmy opcję self drive - około południa odebraliśmy prawie nową Toyote Hilux, z pełnym campingowym wyposażeniem: to nasz dom na najbliższe trzy tygodnie. Lunch w Joe’s Beerhouse , knajpie do której prowadzą wszystkie drogi w stolicy Namibii, łącznie z tą wyznaczoną przez chata gpt (dobrze - tylko drogo), następnie zakupy - już na ostatnich nogach. To był spokojny dzień, ale jednak bardzo intensywny, wliczając w to 15h lotów. Nocleg też nie sprzyja wylegiwaniu się - domki mieszkalne położone są w przyjemnym ogrodzie - miały być słonie, żyrafy i nosorożce, były póki co.. ptaki :). Całkiem kolorowe. W ogóle jeśli chodzi o kolory zapowiada się całkiem dobrze - np. wschód słońca nad Kalahari wyglądał pięknie. Jutro - w busz..
















poniedziałek, 23 lutego 2026

Okeechobee - aligator wrestling w stylu dowolnym i magia poranka

Nasze przedostatnie dwa dni spędziliśmy w pobliżu największego na Florydzie jeziora - Okeechobee. Samo jezioro (bezkresne - końca nie widać) interesowało nas mniej, za to wyjazd do Stanów bez rodeo i muzyki country - wiadomo, byłby stracony. Sobotę spędziliśmy na lokalnym festynie w Brighton, na terenie rezerwatu Seminoli, a poranek - na.. rozlewisku w okolicach miejscowości Okeechobee 🙂. Festyn to dla nas nie tylko atrakcje, to też możliwość podejrzenia czym i jak się bawią lokalni Amerykanie. Największą widownię zgromadziło rodeo i koncert wschodzącej gwiazdy muzyki country (jak dla nas - bardzo wchodzącej.. wysłuchaliśmy tylko trzech piosenek - może to z powodu różnic kulturowych ? ). Było też współzawodnictwo w aligatorowych zapasach w stylu wolnym (tradycyjny amerykański sport, wiadomo), pokazy węży (oczywiście - bardzo jadowitych, z kobrą na czele, mrozi krew w żyłach mimo potwornego upału 😁) i tańce Apaczów z gór białych. Apache z lekką nadwagą, ale tańce całkiem fajne :). Wieczorem wszyscy rzucili się na koncert wspomnianej gwiazdy - trzeba przyznać, że obecni bawili się cały dzień całkiem dobrze. Oczywiście były też łopocące flagi, orkiestra z lokalnego college’u (wibracje i energia) i hymn. Odśpiewany nawet dwa razy 🧐. Byliśmy wyczerpani.. „Refleksja dnia”: Seminole nauczyli się bardzo dobrze „trzepać kasę” na Amerykanach. I bardzo dobrze. Przy okazji: na stoiskach pełno koszulek z wizerunkami wodzów indiańskich i podpisem: „pierwsza służba wewnętrzna chroniąca kraj przed złodziejami ziemi - od 1492 roku”

Rano - to co lubimy chyba najbardziej. Rozlewisko, poranne mgły i przestrzeń. Było trochę inaczej niż na innych ptasich spotach, ale magię dało się poczuć. Szkoda, że czas do miasta..