środa, 24 czerwca 2026

Deadvlei

Droga z wybrzeża do Sesriem zajęła nam cały dzień. Niekoniecznie dlatego, że to tak daleko, ale zbytnio nam się nie spieszyło. Rano mieliśmy nadzieję na flamingi w porannym słońcu, ale słońca nie było - mgła/zachmurzenie sięgało kilka kilometrów w głąb lądu. Flamingów trochę było, ale im też chyba taka pogoda nie leży. Krajobrazy po drodze zaskoczyły mnie pozytywnie - spodziewałem się raczej pustynnych pustkowi a było całkiem urozmaicenie: stopniowo pojawiajła się sawannowa roślinność, potem doszły góry.  Godzinę przed celem podróży niespodzianka: na skrzyżowaniu dróg w środku niczego piekarnia z pyszną szarlotką pieczoną na bieżąco (i innymi wyrobami nas bazie ciasta - próbowaliśmy też małych "tarteletek" z mięsem - były super). Nie wiem w promieniu ilu kilometrów stąd nie ma szarlotki - obłożenie lokalu wskazywało, że naprawdę wielu. Dwa noclegi nas kempingu gdzie pojawiają się hieny i szakale - coś tak miałczało w nocy.. Pobudka o 5.20 bo w Deadvlei chcieliśmy być o wschodzie słońca - o tej porze to miejsce magiczne. Zaraz po otwarciu bramy trochę surrealistyczna podróż w sznurze samochodów podobnych do nas, potem trochę irytowania się na tych co włażą w kadr 🙂 (szczególnie jedną francuzka grupa była wkurzająca - dwóch chłopaków z Polski ze statywami i teleobiektywami zdecydowanie nie pałało do nich miłością, ale trzeba przyznać że mieli powody - nie wiem czy złośliwość to we Francji cechą wrodzona, mam nadzieję, że nie). Okolice Deadvlei też są bardzo urocze - więc było co zwiedzać. I całkiem sporo tam wody.

Jutro cały dzień w samochodzie, więc pewnie wpisu nie będzie. Zostało nam cztery dni, w planie jeszcze drugi co do wielkości na świecie canyon i takie dziwne drzewa.. ;) No i spory dystans do przejechania.






































 

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Sandwich Bay i okolice

Dziś dwa noclegi w jednym miejscu (nic szczególnego - pod dachem i z dobrym internetem, ale bez „duszy), wrażeń za to sporo. Rano krótki rzut okiem na flamingi w Walvis Bay (najpiękniejsze o wschodzie słońca, jutro tu jeszcze wrócimy). Potem wyprawa do raju oceanografów : jedynego miejsca na świecie gdzie pustynia wrzyna się wprost w ocean. Ogromne wydmy obmywane przypływem, jazda 120 km/h po rozległej piaszczystej płaszczyźnie, potem rollercoaster na piaszczystych wzgórzach. Po kilku foto-przerwach mały piknik z widokiem na Sandwich Bay - w końcu nazwa zobowiązuje. Wypatrując wydmy użytej w Windows jako screensavera dostrzegamy z brzegu wieloryby wynurzające się wysoko ponad powierzchnię oceanu. Są daleko, ale i tak robią wrażenie. Jest pięknie. Po drodze mijaliśmy jeszcze ogromne instalacje do produkcji soli z wody morskiej - to miejscowy towar eksportowy. Po powrocie - lunch w rybnej restauracji na nabrzeżu (zawsze warto odwiedzać rybne restauracje na nabrzeżach 🙂). Miecznik i miętus bardzo dobre, ale takich kalmarów nie jadłem nigdy, nie wiedziałem nawet że mogą tak smakować: bardzo miękkie i z bogatym smakiem. Po południu zrobiło się mgliście: to tutaj zimą niemal codzienność: efekt ścierania się gorącego powietrza znad lądu z zimnymi prądami wodnymi wód antarktycznych. Po południu zaplanowaliśmy resztę trasy: wygląda, że w ostatni tydzień przejedziemy więcej niż łącznie przez dwa pierwsze. Zaskoczenia nie ma - to dość duży kraj 🙂.




















niedziela, 21 czerwca 2026

Palmwag - Walvis Bay

Prawie 500 km: trochę po szutrowej, reszta - po „solnej” (piach zmieszany z morską solą ubity przez koła samochodów: twardy jak asfalt, ale w razie deszczu/gęstej mgły - bardzo śliski) drodze. Zdecydowaliśmy się na wariant wzdłuż morza, żeby urozmaicić widoki po wczorajszym górskim dniu. Przy okazji poczuliśmy trochę atmosferę „wybrzeża szkieletów”. Jeśli ktoś oglądał „For all mankind” i zastanawiał się gdzie kręcono sceny „marsjańskie” - to spokojnie mogło to być po drodze. Pod koniec wpadliśmy na godzinkę do fok na Cape cross - kilkudziesięciotysięczną kolonia robi wrażenie. Dobrze, że fotografia nie przenosi jeszcze zapachu..