poniedziałek, 29 czerwca 2026

Namibia: parę uwag na koniec



Parę komentarzy na gorąco, jeszcze na lotnisku. Pogoda: trochę nad zaskoczyło, że zimno było nie tylko w nocy   , ale często też w dzień - przez ponad tydzień temperatura nie przekraczała 20 stopni. No i ten deszcz w porze suchej, w dodatku - na obrzeżach pustyni Kalahari. 
Na pierwszy rzut oka widoczny jest ogromny rozdźwięk między białymi a kolorowymi: pewjue nie dotyczy to wszystkich, ale bardzo widoczne jest to jak biedni są ludzie o czarnym kolorze skóry i że bogactwo skumulowane jest w rękach białych. To dość oczywiste ale też i bardzo widoczne niestety. Żebrzących ludzi w miastach jest ogrom. Przedmieścia miast wyglądają w zasadzie podobnie: blaszaki na piachu. Osobliwością jest miasto Ketmanshop: po jednej stronie drogi dzielnice białych, po drugiej - wiadomo. Nawet wyjeżdżając z "białej" części widać ustronne znaki "dziękujemy za wizytę", mimo że jeszcze ma się przed sobą pół miasta.
Drogi: myślałem,  że są w gorszym stanie: asfaltem da się przejechać Luderitz nas południu do Opuwo na północy. Nie zmienia to faktu, że trzeba być bardzo uważnym z kilku powodów: nagłe kamienie/dziury, podmokłe przejazdy przez suche na pierwszy rzut oka cieki na drogach szutrowych i kierowców w parku Etosha (trzeba tam naprawdę mieć oczy wkoło głowy, zasada: kierowca zawsze koncentruje się najpierw na drodze, nawet jeśli na poboczu pojawiają się lwy..). Noclegi są drogie, zwłaszcza w lodge'ach, które dodatkowo robią bardzo dużo, żeby wyciągnąć z ciebie każdego dolara - jeśli ktoś chce, może spędzić tu bardzo luksusowe wakacje. Zwierząt jest dużo, ale w zasadzie wyłącznie w rezerwatach. Nie sprzyja pewnie temu fakt, że jadąc przez kraj ma się wrażenie że wszystko jest ogrodzone. Nie chodzi tylko o płoty wzdłuż głównych dróg mające chronić np. przed guźcami - widać mnóstwo ogromnych farm prowadzonych przez białych, które chronią dostępu do terenu gospodarstwa. Z miejsc, w których byliśmy, najbardziej dzika jest część północno zachodnia - tereny ludu Himba. Ale generalnie: każde z miejsc,  które odwiedziliśmy warte było zobaczenia i trudno byłoby coś zmienić wybierając się tu drugi raz. Trochę szkoda straconych dwóch dni, będących skutkiem wypadku, ale tak jak pisałem - nie zawsze jest niedziela. Dzięki wypadkowi mogliśmy za to zobaczyć trochę prawdziwego życia na posterunku w Outjo :). Namibię polecę spokojnie każdemu kto nie obawia się trudnych czasem warunków kempingowych, choć tanio nie jest 😉. Ja mam teraz przed oczami mnóstwo miejsc, więc przeżyć było dużo. Wschodów słońca i oślich zaprzęgów również 🙂. Do Afryki pewnie wrócimy, oby zdrowie sprzyjało.












































niedziela, 28 czerwca 2026

Drzewa kołczanowe i przygody na koniec

Las drzew kołczanowych niedaleko Keetmanshoop, był ostatnim z planowanych punktów podróży. Zatrzymaliśmy się na kempingu tuż obok wejścia, dzięki czemu spokojnie mogliśmy podziwiać drzewa o zachodzie i wschodzie słońca. "Spokojnie", nie licząc łącznie czterech autobusów Chińczyków (Japończyków ?). Hałaśliwi więc obstawiam Chińczyków 🙂. Drzewo to z kolei za dużo powiedziane - tak naprawdę to ogromne aloesy o zdrewniałych pniach (idealne miejsce na dziuplę 😉). Na oko niektóre dochodzą do 7-8 wysokości, a najstarsze mają po 300 lat. I rzeczywiście używane były przez miejscowych do wyrobu kołczanów na strzały. Powłóczylismy się do woli - jak dla mnie wschód słońca wygrywa. W lesie było też sporo ptaków i kilka rodzin Góralków skalnych - futrzaków podobnych do świnki morskiej, ale wielkości naszej nutrii. Są bardzo ciekawskie i śmiesznie ziewają. Na campingu nie dało się z kolei uniknąć towarzystwa pary Rosjan - dość osobliwe towarzystwo: Andriej z Donbasu rozbijający się po kilku krajach Afryki południowej w towarzystwie młodej kobiety. Z krótkiego opowiadania wynikało, że parę Safari po drodze zaliczyli. Taki przeciętny mieszkaniec Donbasu w dzisiejszych czasach, na zwykłych wakacjach..

Rano mieliśmy do wyboru dwie drogi na północ: prosto asfaltem i okrężną, drogą szutrową przez pustynię. Wybraliśmy wariant nr 2. Początkowo dobrej jakości droga z czasem przecinana była coraz większą ilością pozostałości po okresowych rzeczkach. Niektóre niestety wypełnione wodą.. Jednej z kolejnych nie dało się niestety wyminąć - trzeba było zdecydować: środkiem czy po lewej. Wybraliśmy wariant po lewej. Błąd - piach przy krawędzi był bardzo grząski, wystarczyła chwila i nawet reduktor naszego Hiluxa nie dał rady :(. Musiałem wyleźć w tę breję i przy pomocy dwóch czarnoskórych dżentelmenów, nie mówiących wprawdzie po angielsku, ale za to obecnych mi stąd ni zowąd we właściwym miejscu we właściwym czasie w środku niczego, radzić sobie w tej błotnej sytuacji. Parę kamieni i gałęzi załatwiło sprawę, ale drugiej próby nie podjęliśmy - trzeba było zawrócić - 2 h w plecy. Zakopać się w błocie, w samym środku pory suchej, na pustyni Kalahari - czyż to nie wspaniała przygoda 😋? 

Teraz już po ciepłej kąpieli, w przyjemniej lodge'y: jeszcze tylko kolacja, ostatni nocleg i jutro w drogę: najpierw do stolicy, potem na lotnisko.