niedziela, 15 maja 2022

Isla Isabela - miejsce magiczne

 Na Isabeli, największej wyspie archipelagu, postanowiliśmy spędzić dwa pełne dni. Przeprawa przypomina trochę odprawę na samolot. Trzeba się zgłosić wcześniej, odebrać kartę pokładową, przejść kontrolę bagażu, następnie - taksówką wodną na "prom". Znaczy - na szybką łódź motorową, która zabiera około 30 osób. Szybką, choć wysłużoną.. Założyłem, że o kamizelki ratunkowe nie wypada pytać..

Sama podróż - około 2h. Miejscowy port jest dużo bardziej kameralny niż ten na Santa Cruz. Czuje się taki bardziej "hawajski" klimat, tyle że w wersji lokalnej - luźno, prosto, bez pośpiechu.. Takie trochę "No women no cry" gdzieś w tle się unosi :).

Po małym rekonesansie po okolicy i wizycie w agencji - czas na Tintoreras: wysepki położone niedaleko od portu. To miejsce gdzie gniazdują morskie legwany (jest ich tu, na Isabeli, zatrzęsienie), a w kanałach z lawy i lagunach można spotkać morskie żółwie i rekiny o tej samej nazwie - znaczy Tintoreras (szaroniebieskie, białe końcówki płetw, większe osobniki spotykane przez nas miały około 2m długości). Po drodze - spotkanie z dwoma pingwinami. Małe się zawsze :). Po dłuższym spacerze wśród pól lawowych i podziwianiu zwierząt, było też snorkowanie. W którymś momencie przewodnik zabrał nas do wąskiego kanału gdzie schroniło się około 50ciu rekinów. Dla takich neofitów jak my to spore przeżycie.. Wieczorem - owoce morza, jak codziennie ostatnio.. Drugi dzień na Izabeli to poranna sesja z flamingami - całe siedem sztuk udało się spotkać, żerujące przy brzegu jeziorek na bagnach. Po drodze - drewniana ścieżka cała w legwanach - nie da się przejść. W drodze powrotnej - na murze przy barze na plaży znów "zbiegowisko" legwanów.. Tym razem młodych. Po poludniu - wyprawa na przylądek Cabo Rosa, gdzie najpierw można.., tak - posnrorkować :) z żółwiami i rekinami (tym razem black-tip sharks). Było też pływanie z pingwinem :). Żeby się tam dostać i wydostać łódź musi pokonać ogromne fale zaskakujące się przy brzegu. Dwa "skoki" naszej łodzi mój kręgosłup zapamięta na długo. Potem - czas na spacer w księżycowym otoczeniu.. Miejsce jest przepiękne - mnóstwo tuneli, pomostów, zatoczek itp. utworzonych przez lawę. Wszystko porośnięte kaktusami i różnorodną roślinnością. Pomiędzy tym wszystkim - pełno niebieskonogich głuptaków, które właśnie teraz mają w tym miejscu okres godów. Dobierają się w pary, czemu towarzyszy małe przedstawienie - rodzaj tańca wykonywanego przez oba osobniki - gdzie samiec najpierw pokazuje swoje "ciapy" samicy, ona na to odpowiada, na koniec - rozłożenie skrzydeł. Wszystkiemu towarzyszą charakterystyczne dźwięki. Mogliśmy to oglądać z bardzo bliska. W dodatku - w dwóch przypadkach zaloty zakończyły się sukcesem i doszło do konsumpcji związku :). Super wrażenia, piękne widoki - warto tu być.. Jutro - przeprawa na San Cristobal, "na dwa razy". Rano - Santa Cruz, po południu - dalej.














piątek, 13 maja 2022

Plażowanie z jaszczurami

 W lokalnej jadłodajni o tym jak mocną kawę chcesz wypić decydujesz sam. W sensie bardzo dosłownym: dostajesz kubek z gorącą wodą i słoik z kawa rozpuszczalną. Jeśli kawa na być z mlekiem - do wody dodawane jest trochę mleka. Proste :). Śniadanie było dziś po drodze do portu, a przedpołudnie spędziliśmy w Tortuga Bay. To nasz ostatni dzień na Santa Cruz. Dwie plaże przedzielone półwyspem, na którym rośnie gaj kaktusowy są zupełnie różne. Playa Brava jest ogromna, z falami oceanicznymi, silnymi prądami i wydmami. Playa Mansa - kameralna, otoczona niskimi drzewami, z wąskim pasem białego piasku, bardzo spokojna. Wydaje się być bardzo dobrym miejscem do snorkelingu - co chwilę wystają z wody głowy żółwi, tuż przy brzegu pływają małe rekiny, pojawiła się też niewielka płaszczka. Aż dziw bierze, że tylko pojedyncze osoby przychodzą tu zaopatrzone w maski i płetwy. Trochę się powłóczyliśmy, zawarliśmy znajomość z morskimi legwanami, na koniec - moczenie w wodzie i odpoczynek na plaży. Słońce jest bardzo podstępne - mimo zachmurzenia i ułożenia się w cieniu kolejne partie ciała nadają się do smarowania Fenistinem, ech.. Po powrocie do portu obiad w nabrzeżnej knajpce - 5$ za cały zestaw (trzecie Ceviche w cztery dni :) ) a potem centrum Darwina. Wizyta w ośrodku to rozczarowanie - turyści zmuszani są to wynajęcia przewodnika, co samo w sobie może nie jest złe, tyle że ten przydzielony mam to totalna porażka: z powodu ogromnej tuszy wlókł się powoli, co chwilę przysiadał, w dodatku - mówił bardzo"niechlujnie": urywał wątki, wrzucał zdania bez związku z innymi, urywał, miał bardzo niewyraźną wymowę. Kompletnie nic nie skumaliśmy. W dodatku żółwie słoniowe trzymane w ośrodku wyglądają "biednie": apatyczne i stoczone na małej przestrzeni. Wygląda to jak ZOO drugiej kategorii. Działalność ośrodka jak najbardziej pożyteczna, ale sposób prezentacji turystom to pomyłka.. Wyszliśmy stamtąd wykończeni - po części przewodnikiem, po części bardzo duszną pogodą. Apogeum zwiedzania stanowi.. mauzoleum żółwia George'a. To słynny osobnik, za pomocą którego próbowano odtworzyć populację gatunku żółwi z jednej z tutejszych wysp. Kilkadziesiąt lat spędził w samotności na wyspie bo gatunek uznano za wymarły. Jak już się znalazł - kolejne kilkadziesiąt lat spędził w ośrodku, w oczekiwaniu na samicę. Niestety - bezskutecznym. Zdechł dziesięć lat temu. Dziś ma mauzoleum jak Lenin: za mnóstwo pieniędzy został spreparowany oo umieszczony w gablocie. Ma swoje chłodzone pomieszczenie, do którego wchodzi się przez chłodzoną śluzę. Jest wieczny. Jak Lenin..







czwartek, 12 maja 2022

Symbole Galapagos



 Po czterech dniach pobytu tutaj, Galapagos kojarzy mi się w pierwszej kolejności z fregatami. Te wielkie ptaki szybują codziennie w okolicach portu w Puerto Ayora całymi stadami. Proporcje ich ciał i podwójny ogon powodują, że nie da się ich pomylić z żadnym innym gatunkiem, a już na pewno nie z ptakami występującymi w Polsce. Z kolei blue footet boobie, czyli głuptak niebieskostopy to, oprócz żółwi słoniowych, coś w rodzaju oficjalnego symbolu tego miejsca. Jest wszędzie - na pamiątkach, nazwach sklepów, reklamach, etc. Oba te stworzenia gniazdują na wyspie Nord Seymour, która była celem naszej dzisiejszej wycieczki. W tej chwili kończą się gody i zaczęło się wysiadywanie jaj. Gniazd na wyspie jest mnóstwo, ptaki żerują przy brzegu zmieniając się na gniazdach (przynajmniej głuptaki, bo sami widzieliśmy). Spóźnialscy dobierają się jeszcze w pary i budują gniazda, dlatego można zaobserwować trochę fregat z charakterystycznym czerwonym "workiem" z przodu szyi, którym ptaki te starają się zwrócić uwagę potencjalnych partnerów. Naszą na pewno zwróciły - ptaszysko z takim wielkim balonem pod szyją wygląda imponująco.. Z kolei głuptaki z bliska (nawet bardzo bliska - niektóre gniazdują wprost na ścieżce dla turystów) wyglądają bardzo sympatycznie - fajnie jest trochę poobcować z nimi. North Seymour to jedna z wysp tutaj, która objęta jest limitami odwiedzających - nie w każdy dzień i nie wszyscy mogą tu przyjechać. Nam podobało się bardzo. Na wyspie mieszkają też iguany lądowe - również niespecjalnie zwracają uwagę na odwiedzających, nie mówiąc o lwach morskich, które "mają wylane" na wszystko..

W drodze powrotnej lunch i wizyta na pięknej plaży w północnej części Santa Cruz, na której obecnie rezydujemy. Powody wizyty dwa: snorkeling (teraz widzę jak ważny jest dobór sprzętu, i miejsca gdzie się to robi..) oraz flamingi. Na jednej z dwóch niewielkich lagun udało się je dostrzec. Dokładnie trzy sztuki, które (jeszcze ?) nie odleciały. Prezentowały się pięknie.
Mimo zużytych sporych ilości kremu do opalania - ręce i plecy mamy spalone. W końcu to równik..






środa, 11 maja 2022

Pierwszy snorkeling, czyli szczęście neofitów

Nie jestem fanem pływania z fajką i aż do dziś nie pływałem w ten sposób. Galapagos to jednak dobra okazja żeby spróbować pierwszy raz. Borykałem się z maską i płetwami, nie mogłem nadążyć za grupą, na końcu - zmarzłem jak cholera i ledwo dopłynąłem do łodzi. To po stronie "strat". Po stronie "zysków" - około 30tu rekinów, z dziesięć morskich żółwi (na oko - niektóre ponad metr średnicy), iguany, lwy morskie, ośmiornice, wąż wodny i mnóstwo kolorowych ryb. Wszystko na wyciągnięcie ręki i to dosłownie.. Do tego połowy na wędkę, gorąca czekolada, ceviche na lunch i piękna pogoda. To nasz dzisiejszy dzień.

Na zdjęcia podwodne trzeba poczekać na specjalny pokaz ;). Jutro - nadzieja na fregaty w trakcie godów..





wtorek, 10 maja 2022

Żółwie i jaszczury








Jak zaczynać oglądanie żółwiowych wysp to oczywiście od żółwi. Niejeden mógłby tak pomyśleć. Naszą intencją było właściwie co innego.., ale przecież my nie z tych co zamykają się na pojawiające się możliwości. Nie zdążyliśmy nawet dobrze wyjść z hotelu, a już napatoczył się driver z ofertą. Cena przyzwoita, driver miły, więc zaakceptowaliśmy.. Czyli - jednak żółwie. Wcześniej śniadanie z widokiem na port i krótka wizyta w miejscu gdzie rybacy sprzedają świeży połów i gdzie przy okazji parę innych stworzeń się pożywi. Szybujące fregaty robią naprawdę wrażenie..

Potem - El Chato gdzie mieszkają żółwie słoniowe i gdzie mieliśmy przypadkiem okazję kibicować stulatkowi w seksie (gratuluję, nie zazdroszczę, żółwie współżyją podobno 2-3 h..). Cała "akcja" zakończyła się interwencją 130-to letniego gospodarza terenu, który bezceremonialnie zrzucił delikwenta z samicy - normalnie akcja na sensacyjny film przyrodniczy.. Wczesne popołudnie - na malowniczejplaży, gdzie oprócz pięknie kolorowych krabów zawarliśmy znajomość z trzeba legwanami morskimi. Tym razem - bez ekscesów. Wieczorem - już powoli tradycyjna tutaj promocja 3x10. Trzy drinki za dziesięć dolarów 😋.
Jutro płyniemy popatrzeć na życie podwodne, pojutrze - ptasia wyspa z fregatami i legwanami lądowymi..


poniedziałek, 9 maja 2022

Galapagos - pierwsze koty za płoty

 Od rana niestety bardzo intensywnie. O szóstej na lotnisko, potem nerwowe chwile przy załatwianiu formalności ( dokumenty transferowe, sprawdzanie sanitarne bagaży), odprawa, śniadanie

.. i wylot. Ponad dwugodzinny lot z przystankiem po drodze. Na miejscu wszystko poszło sprawnie: szybka kontrola, 100 USD od łebka, bagaże całego samolotu zgromadzone w jednym miejscu i małe przedstawienie z psami, które je przeszukiwały. Transfer do przystani autobusami (5 USD) , prom (1 USD) i taksówka - współdzielona z dwoma Austriaczkami. Wszystko - jakieś 1,5 - 2h od lądowania. Jest gorąco i dość wilgotno. Za radą pani recepcjonistki - obiad w pobliskiej jadłodajni (połączenie krupniku z rosołem, z kurzymi łapkami :) ) + ryba. Od razu wsiąkamy w lokalny klimat.. Po południu - spacerem do przystani. Miasteczko - biedne, tylko główna ulica bardziej turystyczna. Generalnie dość wyluzowana atmosfera. Parę wizyt w lokalnych agencjach (przed Covidem było drogo, teraz -berdzo drogo). Po paru nerwowych chwilach, jak zwykle na początku wyjazdu :), wiadomo - jet lag, jakieś ramy się zarysowały. Mamy wykupione dwie atrakcyjne wycieczki na ostatnie dwa dni, a rano w hotelu wydumaliśmy co z pozostałymi dniami mniej więcej. Się zobaczy.. Wieczorem na przystani: pelikany polują przy pomoście bo woda podświetlana i przyciąga ryby. Czatują na poręczy pomostu, potem - błyskawiczny skok, połyk ( :) ) i odlot na nową pozycję. Czego nie doje pelikan - dokańczają małe rekiny... Fajnie się to ogląda..






niedziela, 8 maja 2022

Quito, powitanie z pompą. A nawet z dwiema..

 Zejście do lądowania na lotnisku w Quito można uznać za spektakularne. Płyta jest na wysokości ponad 2700 m.n.p.m., a ogromną kotlinę, w której leży stolica Ekwadoru, otaczają szczyty na oko o jakieś 1000 m wyższe. Można pomachać kierowcom na drogach, które widać na wysokości skrzydeł kilka km przed przyziemieniem.. Wylądowaliśmy zgodnie z planem, a w trakcie kołowania do terminalu przywitała nas "brama" stworzona przez dwie ogromne lotniskowe pompy strażackie. Okazuje się, że to pierwszy przypadek lądowania Dreamlinera w barwach KLM na tutejszym lotnisku, więc i mała uroczystość się trafiła.. Pogoda typowa dla tego miejsca - dość ciepło ale mnóstwo chmur. Odprawa dość sprawna - jak widać to nie amerykańskie immigration.. Nawet przy wyjściach z terminalu dość spokojnie - jak nie w Ameryce Południowej. Uber dość drogi, hotelik na kompletnym zadupiu, 5km od lotniska. Nad nami trzy ogromne orły, na polu obok - cielęta. Swojsko. Padamy na twarz, jak to po dobie podróży, ale od północy miejscowego czasu już nie możemy spać. 7h różnicy.. Bladym świtem wyjazd na Galapagos, Quito musi poczekać.