niedziela, 22 lipca 2018

21-22.07 Okolice Brisbane


Najpierw musieliśmy zjechać na południe. Bardzo urozmaicony krajobraz, mnóstwo pagórków, zielono, dużo więcej miejscowości. Jednym słowem - wyjechaliśmy z dziczy i wyraźnie to czuć - może się wydawać ze to kompletnie inny kraj.
Nasz przedostatni dzień spędzamy rano w Noosa National Park. Piękne wybrzeże - piaskowe plaże wymieszane ze skalistymi klifami.Ścieżki prowadzą najpierw brzegiem klifu,




potem przez ocienione zagajniki, z fantastyczną roślinnością - różnorodną i kolorową:



Popoludnie spędziliśmy wśród Glass House Mountains. Nie wiem czemu odkrywcy się tak skojarzyły. Wyglądem trochę przypominają mikro Guilin z Chin: zalesione wzgórza, wysokości kilkuset metrów, o dość stromych ścianach, wyrastające wprost z zalesionej równiny. Bardzo malownicze. Wspięliśmy się na jedno żeby się rozejrzeć. Zdjęć nie ma - bateria postanowiła nie pracować więcej.
Dziś ostatni nocleg na kempingu. Jutro przed południem oddajemy auto i może trochę powłóczymy się po kurortach Golden Coast..

środa, 18 lipca 2018

18-20.07 Trzy dni do wschodniego wybrzeża.



Barrow Creek. Bardzo stary, klimatyczny bar pamiątkami z całego świata, w środku kompletnie niczego. Wewnątrz, na przestrzeni może 20 m kw, jest wszystko - od węży w formalinie, przez buty koszykarskie w rozmiarze ( na oko) 52, banknoty z całego świata, aż po dwie małe buteleczki z Żołądkową Gorzką i Żubrówką, które zostawili tu jacyś Polacy.




 Zamawiany po super piwie i ucinamy sobie pogawędkę z barmanem, np. o tym jak działa i wygląda prawdziwy bumerang, włączając w to prezentację live.  


Barman w międzyczasie obsługuje klientów stacji benzynowej. Stoi za komputerem, ale pyta każdego za ile zatankował. Oczywiście nikt nie pamięta, więc za każdym razem musi założyć okulary i podejść sprawdzić na dystrybutorze, ewentualnie - poprosić kogoś z ludzi siedzących przed barem żeby to zrobili za niego. Taki klimacik..

Niejako przy okazji stajemy się właścicielem próbki aborygeńskiej sztuki - głęboko symbolicznego obrazu, z opisem historii, którą opowiada i podpisem autorki na "rewersie".
Nie może się obyć oczywiście bez próbki miejscowego humoru ;) :

Z cyklu lokalne osobliwości: w Northern Territory obowiązuje limit zakupu alkoholu na osobę - 2 butelki wina na głowę. Nie wiem na jaki czas ten limit, ale żeby zrobić mały zapas musieliśmy iść do sklepu w Tennant Creek ( specjalnego - tylko z alkoholem, jak w całej Australii) całą rodziną i zeskanować wszystkie nasze ID. Wygląda że będziemy figurowac w kartotekach miejscowego urzędu antyalkoholowego jako rodzina patologiczna. W Tennant Creek dwa takie sklepy. W obu na stałe dyzuruje policjant "wspomagając sprzedawcę w kontaktach" z miejscowymi klientami. Np gdy któryś próbuje "wynegocjować większy limit".. Widziałem też, że niektórzy mają bana na zakup - policjant sprawdza w kartotece delikwenta. Pewnie to nie przypadek, że akurat w tej miejscowości znajduje się duże skupisko Aborygenów. Gołym okiem przygodnego turysty widać, że to potężny problem tutaj.
Wieczorem nie udało nam się dojechać do wypatrzonego Road House'u z kempingiem i musieliśmy zostać na tzw. Rest Area. Bez udogodnień, za to w spokoju i ze wspaniałym widokiem na rozgwieżdżone niebo..


Czwartek upłynął na podróży z niewielkimi przerwami. Po przebiciu się przez całkiem wysokie jak na Oz góry wyjechaliśmy na ogromne, równe jak stół równiny. Wszystko ogrodzone, gdzieniegdzie widać stada krów. Jesteśmy już w Quensland i powoli zbliżamy się do wschodniego wybrzeża. Na drogach znacznie więcej rozjechanych kangurów - nie lekceważymy ryzyka i po zmroku staramy się nie jeździć. Na liczniku ponad 9 tyś. km.
Wieczorem można bliżej przyjrzeć się temu co biega tu po polach. Właściwie nie tylko przyjrzeć, ale wejść w bliższy kontakt - australijski Rump wygląda tak:


Piątek - warto rano wstać:




Z cyklu ciekawostki z podróży - dynamika zmian populacji miejscowości gdzie spędziliśmy ostatnią noc:


Można powiedzieć że ledwie zdążyliśmy..

A propos ostatniej nocy: wczoraj było rodzinne święto, były więc chóralne śpiewy, szampan, prezenty, świeczki i suto zastawiony stół. Stek powyżej to właśnie część kolacji. Trafiliśmy na chyba najbardziej uroczy ( i najtańszy) kemping w całej podróży - dobrze się wszystko złożyło, szczególnie ze wieczór był bardzo ciepły.
Inna ciekawostka: po drodze natrafilismy na dzieło lokalnego artysty, który w przypływie weny twórczej postanowił wybudować 70 metrowej długości mur z miejscowych minerałów, w który wmurował chyba wszystko co udało mu się wyciągnąć ze starych magazynów i szop w mieście, włączając maszyny do szycia i pisania, stere zlewy, felgi, narzędzia, różne części zapasowe i kilka motocykli razem z oponami. Mam trudność ze zrozumieniem tak bardzo współczesnej sztuki.. , ale przy najmniej próbowałem ;)



Po południu przekroczylismy ( przekraczamy, hmm ? ) Wielkie Góry Wododzialowe, co oznacza że znaleźliśmy się w zlewni Pacyfiku. Dla nas odznacza to dużą zmianę krajobrazu. Skończyły się ogromne pastwiska, teren jest pofałdowany, roślinność w dużej części różna od tego co dotychczas. Pojawiły się np. całkiem spore drzewa liściaste - w końcu żyje tu ponad 400 gatunków akacji, o eukaliptusach nie wspominając. Widzieliśmy też dziś dwa razy kangury przeskakujące drogę jeszcze przed zmrokiem - wygląda fajnie ale  trzeba bardzo uważać..

wtorek, 17 lipca 2018

17.07 Uluru cd


W nocy temperatura spadła do 3 stopni więc wstawianie przed świtem nie było najprzyjemniejsze.. Ciepło się robi około 9tej. Śniadanie zjedliśmy u stóp północno- zachodniej części masywu. W świetle wchodzącego słońca Krzysztof wybrał się na górę, reszta ekipy - w efekcie koło masywu. Mieszanka przeżyć estetycznych z mistycznymi. Co chwila mijamy jakieś święte miejsce. Te dla kobiet są odrębne od tych dla mężczyzn - nie potrafimy ich odróżnić. Generalnie trudno poznać jest historie Aborygenów - skwapliwie ich strzegą.. Tak czy inaczej miejsce jest zdecydowanie warte odwiedzenia. Masyw z bliska jest bardzo różnorodny. Do tego dochodzą kolory i przestrzeń. Jest środek zimy więc roślinność jest praktycznie wyschnięta, ale i tak jest bardzo malowniczo..






Po wyruszeniu w drogę do Kings Canyon - zmiana planów. Charakter miejsca jest podobny do tych, które już widzieliśmy - postanowiliśmy udać się na zachód, żeby mieć trochę rezerwy czasowej i poszukac atrakcji o innym charakterze. Przywilej tych, którzy nie mają "twardych" planów ;). Tym samym, po przejechaniu 7500 km przestaliśmy się oddalać od miejsca wylotu. Teraz - będziemy się tylko zbliżać. Planowany nocleg - około 100km na południe od Alice Springs. Może noc nie będzie taka zimna, brrrr...

poniedziałek, 16 lipca 2018

16.07 Uluru i Kata Tjuta. W środku Australii.


Czas na kulminację naszego pobytu. W środku kontynentu, na kompletnym pustkowiu wyrastają dwa masywy skalne o magicznej sile przyciągania. Jedziemy sprawdzić jak dużej ;).

Po drodze śniadanie przy górze Mt Connor, którą co niektórzy bardziej podekscytowani biorą za Uluru. Niezły widok przy jedzeniu ;). 



Tym, którym chciało się ruszyć 4 litery i podejść pod małą górkę po drugiej stronie drogi ukazuje się rozległy widok wyschniętego słonego jeziora. Sporo się trzeba w tej Australii najeździć, ale dech w piersiach czasem zapiera.. A to był dopiero początek dnia.


Scenka ze stacji benzynowej: dystrybutory zamknięte na solidne kłódy. Żeby zatankować - trzeba udać się po panią do kasy, żeby podeszła i otworzyła kłódkę. Po tankowaniu pani wypisuje Ci kartkę z kwotą do zapłaty, zamyka kłódę i udaje się z Tobą do kasy gdzie płacisz.. nie, nie w naturze - kartą zbliżeniową..

Po drodze baner z wielkim napisem SEX. Pod spodem, małymi literami: "jak już przykułem Twoją uwagę to przyjmij do wiadomości ze klientów bez koszulek nie obsługujemy". Australia to dziwny i wesoły kraj:).

Około południa dotarliśmy do Yalura Resort gdzie znajduje się m.in. camping na którym opłacamy miejsce na wieczór. 80 dolarów - najdroższy nasz nocleg jak dotąd, ale z jakim widokiem ;).

Następna w kolejności - wizyta w Kata Tjuta (" Wiele Głów"). To grupa obłych skał o wysokości kilkuset metrów. Z bliska wyglądają jak masy otoczaków posklejanych gliną, ukształtowanych jakimiś ogromnymi, niewidzialnymi dłońmi w formy przypominające głowy olbrzymów. 


Wybraliśmy się na siedmiokilometrowy trekking wśród przepaścistych, czerwonych ścian, z masą wspaniałych widoków. Na pewno najładniejsza piesza wycieczka tego wyjazdu jak dotąd..




Ostatni akcent dnia to jeden z najsłynniejszych widokow Australii - Uluru o zachodzie słońca. Trzeba powiedzieć że zarówno o zachodzie jak i tuz po wygląda przepięknie..



sobota, 14 lipca 2018

14-15.07 W drodze do Uluru i Królewskiego Kanionu

Na pierwszy rzut oka krajobraz dwóch stanów: WA i NT wydaje się być bardzo monotonny i mało urozmaicony. O ile temu pierwszemu, szczególnie w świetle ogromnych odległości które pokonujemy. (jak na wyjazd wakacyjny), trudno zaprzeczyć, o tyle w tym drugim przypadku - warto "popatrzeć głębiej". Wielokilometrowe odcinki terenów całkowicie płaskich potrafią się nagle zamienić w skaliste odcinki pełne zakrętów, po to by kilka chwil wrócić do dawnej postaci. Godzinna jazda wśród niewielkich drzew nagle zamienia się w równą jak stół prerię,  po to, by po kilkudziesięciu minutach rozpocząć kolejny, wielokilometrowy odcinek - tym razem zarośli usianych tysiącami termitier. Przesuwając się np. na południe wydawało mi się ze krajobraz powoli  zaczyna pustynnieć, kiedy znów pojawily się odcinki trawiaste pokryte rzadko rozrzuconymi, niewielkimi drzewkami, znane z zachodniego wybrzeża - i po horyzont nie widać niczego innego. Niby monotonnie, ale co chwila inaczej.

"Monotonni" na pewno nie wydają się za to sami Australijczycy. otwarci, chętnie nawiązują kontakty, uprzejmie nie pukają się w czoło kiedy słyszą jaką podróż odbywamy, jednym słowem - "fajne chłopy". No i ich charakterystyczne poczucie humoru, przenicowane "naturalnym sarkazmem" - próbki mamy właściwie codziennie.



Drugi dzień podróży zaczął się równo ze wschodem słońca - wspaniałe miękkie światło odsłania niewielkie drzewa i tysiące termitier. Śniadanie zjedliśmy w świętym miejscu nazwanym przez miejscowych Karla Karla - skupisku ogromnych kamieni rozrzuconych wśród niewielkich wzgórz. To podobno miejsce magiczne gdzie wybrani doświadczyli sennych wizji. Wybranym też znana jest ich treść - tacy zwykli śmiertelnicy nie do takich tajemnic dopuszczani..



Wczesnym popołudniem zameldowaliśmy się w Alice Springs. Tak naprawdę nie wiem czemu ale miejsce ik też w samym środku kontyngentu. Równie daleko od wszystkiego..


Po zrobieniu zakupow ( dziś Niedziela - wszystkie Liquor Store'y nieczynne :( ) jedziemy jeszcze dalej. Do tajemniczego Uluru jest stąd jeszcze ponad 400 km.

piątek, 13 lipca 2018

13.07 Kakadu cd. . W krainie Tęczowego Węża.

Park Kakadu, jak nazwa wskazuje, przywitał nas krzykiem papug. Jest ich tutaj sporo, ale miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco ma do zaoferowania znacznie więcej. Przemieszczamy się pomiędzy kolejnymi punktami parku podziwiając widoki, miejsca ze starożytnymi rysunkami Aborygenow, szlaki wśród skał i mokradeł..





Nie da się nie zauważyć oczywiście, że nie jesteśmy (my, biali) tu u siebie. Ślady ludów które zamieszkiwały te ziemie nawet i 20 tys. lat temu, a ich potomkowie mieszkają tu dalej, wyraźne. Ich kultura, wierzenia, historie które można przeczytać czy usłyszeć fascynujące swoją innością i na pewno warte poznania. Wygląda, że podobną rolę do Old Man Coyote'a z wierzeń Indian polnocno-amerykanskich pełni tu Tęczowy Wąż - przewijający się w historiach wielu ludów twórca i sprawca wszystkiego. Istoty żywe ( niekoniecznie "ludzie" w naszym rozumieniu) pojawiały się w różnych postaciach i w różnych okresach. Czasem - spełniwszy swoją rolę - znikały w magicznych okolicznościach zamieniając się np. w... konika polnego. Oczywiście czuć silne związki z otaczającą ich naturą, przystosowanie do życia w, momentami zabójczym, klimacie i otoczeniu. Musieli nauczyć się radzić sobie z ekstremalnym gorącem, powodziami czy krokodylami. Podobno np. ludzie żyjący na terenach dzisiejszego Kakadu opracowali specjalną technikę wchodzenia do wody w sposób, który nie wabi krokodyli - a są one bardzo czułe na wibracje. Przy okazji rada prosto miejscowego Rangera: jak wleziesz w drogę krokodylowi, to ostatnią rzeczą, którą powinieneś zrobić to rzucić się do panicznej ucieczki. Wibracje, które w ten sposób spowodujesz nie tylko pozwolą Cię lepiej namierzyć, ale zwabią z okolicy inne osobniki. Znieruchomieć i czekać odpłynie..

Włóczyliśmy się po parku do późnego popołudnia. Udało nam się nawet wypatrzeć jednego krokodyla w pobliżu. Odpłynął - rady Rangera nie były potrzebne..




Jutro zmieniamy kierunek jazdy - na południe. Dwa dni jazdy żeby zobaczyć Uluru i okolice..

czwartek, 12 lipca 2018

12.07 (North) Territory Wildlife Park i Kakadu cz.1

Do wczorajszych atrakcji warto dorzucić pierwsze spotkanie z dzikim dingo ( zabiegł) nam drogę wieczorem) i z mysikrólikiem - zwierzęciem o wyglądzie myszy ale wielkości królika, w dodatku kicającym jak królik, które zaglądało na naszą "kwaterę":


( zdjęcie kwatery, mysikrólika na nim nie ma ;) ).

Rano pospalibyśmy dłużej, bo Territory Wildlife Park otwierają dopiero o dziewiątej, ale w międzyczasie zmieniła się strefa czasowa ( kolejne 1.5 h w plecy ' teraz już 7.5 względem Polski) więc znów trzeba było wstać o świcie :(.
Park to stosunkowo niewielkich rozmiarów teren gdzie australijskie dzieci i "australijscy neofici" ( głównie z Japonii, trochę z Polski ;) ) mogą z bliska i bezpiecznie zobaczyć faunę i florę charakterystyczną dla tego kontynentu. Jeśli fauna akurat nie śpi w cieniu albo nie odleci w siną dal.. Tak czy inaczej - to bardzo przyjemne i kolorowe doświadczenie..