poniedziałek, 14 lipca 2014

Zion Narrows - wodą do Wall Street

13.07
Park Zion położony jest w południowej części Utah, stanu bardzo pięknego, ale niestety nie pozbawionego poważnej wady: alkoholu powyżej 3% w normalnym sklepie nie uświadczysz. Trzeba szukać specjalnych sklepów, które w dodatku położone są w niekoniecznie najbardziej widocznych miejscach. Czyli - jak trafi sie piękny dzień na urlopie to nie ma czym oblać :(, a dziś byłoby co oblewać.. Chociaż dziś niekoniecznie brakuje mi płynów bo większość dnia spędziliśmy w wodzie. Dokładniej - brodząc po kolana, a czasem i po uda.. Park ma do zaoferowanie bardzo wiele, ale większość gości i tak podąża do miejsca najsłynniejszego - Zion Narrows. To przepiękny kanion Virgin River, ktory można przejść dnem. Tzn. - w towarzystwie rzeki Virgin i jeśli akurat nie ma obfitych opadów deszczu. Wtedy wąwóz staje sie śmiertelną pułapką. Nam starczyło sił na przejście kilku mil w górę rzeki (potem trzeba było wrócić, czyli - 2 wycieczki na raz :) ), ale i to wystarczy z wielkim zapasem. Praktycznie non stop idzie się w przepięknej scenerii, wsród ciagle zmieniających sie kształtów i kolorów ścian i wody. Kulminacją marszu jest miejsce zwane Wall Street, gdzie ściany zbliżają się do siebie na kilka metrów. Warto znieść wszystkie niedogodności łażenia po zimnej rzece o kamienistym dnie. Natura w tym miejscu budzi ogromny szacunek..







Po południu skorzystanie z amerykańskiej pralni samoobsługowej już nie sprawiło nam żadnych trudności :). Kiedyś uważałem to za trochę dziwną fanaberię, dziś zaczynam żałować że u nas ta usługa nie jest w ogóle popularna. To bardzo wygodna rzecz, i wspomaga budowanie/wzmacnianie relacji :).
Jutro - Vegas..

niedziela, 13 lipca 2014

Rekordy na pustyni solnej

12.07
Dzisiejszy dzień w zasadzie przeznaczony był na przemieszczenia się w okolice Parku Zion ale.. No właśnie, nie całkiem po drodze, ale prawie :) (jedyne 100 mil - dla chcącego nic trudnego ;) ), znajduje się sporych rozmiarów pustynia solna - Wielka Pustynia Słona. Jakiś czas temu wypłynęlo stąd przez jedną z przełęczy sporo wody ( trochę zostało - m.in. W jeziorze nad którym byliśmy wczoraj) i powstała idealnie równa płaszczyzna na której można obserwować krzywiznę ziemi - podobno niewiele jest takich miejsc na świecie.. Po wyjeździe z Salt Lake City na zachód, ciągnie się mniej więcej 50 milowy odcinek autostrady międzystanowej, która przecina biało/szare pustkowie, pod koniec którego można zatrzymać się na parkingu i korzystać z uroków tego wyjątkowego miejsca.. Niektórzy poprzestają na adorowaniu pięknych widoków:


, niektórzy czują zew pustyni i robią rożne rzeczy żeby być jeszcze bliżej natury..



Teren jest twardy ( teraz, bo kiedy wiosną i jesienią padają deszcze, to lepiej się tu nie zapuszczać) ipokryty grubą warstwą soli. Słońce stoi wysoko, promienie odbijają sie od ogromnej tafli - nawet w okularach trudno wytrzymać..
Kilka mil dalej znajduje się miejsce znane wszystkim fanom sportów motorowych - tor Bonneville. Kilka mil odesparowanego terenu pustyni, gdzie różni zapaleńcy - i Ci profesjonalni i Ci, dla których jest to tylko/aż pasją, zmagają sie ze swoimi barierami prędkości. Krótka deklaracja i staliśmy sie członkami stowarzyszenia przyjaciół szybkich wyścigów, dzięki czemu zyskaliśmy dostęp do miejsc postojowych, startu i punktu pomiaru prędkości ktory znajduje sie na 3ciej mili.. Można spotkać tu pojazdy przeróżne - od superszybkich, dwusilnikowych ( 2xV8) monstrów, które potrafią przekroczyć prędkość 500 mil/h, po pojazdy na pierwszy rzut oka nie wyglądające na demony prędkości..







Przygladalismy się trochę tym ludziom - widać ze to dla nich wspaniała zabawa i sposób na życie. Czasem zmagają sie z trudnościami - jak np. ci panowie, którzy dobrych 10 min. walczyli, żeby zamknąć blaszaną pokrywę kabiny kierowcy (pilota ? ):



, ale zupełnie ich to nie zraża.. Pozazdrościć ;) (choć trochę gorąco i cholernie słono :) ).
Po kilku godzinach - w drogę. Większość trasy to stanowe, "boczne" highway'e stanu Nevada. Zakręt co kilkadziesiąt kilometrów, pojedyncze auta mijane co kilka minut, piękne widoki, i.. napój energetyczny w dłoni, bo jak tu nie zasnąć za kierownicą :).
Po przejechaniu grubo ponad 400 mil nocleg w Hurricane, kilka minut drogi od Parku Zion. Zobaczymy jak daleko wpuści nas jutro rzeka, która płynie dnem kanionu o tej samej nazwie..

sobota, 12 lipca 2014

Watykan Mormonów

11.07
Niektórzy tak mówią o stolicy stanu Utah - Salt Lake City. Rzeczywiście - tzw. Temple Square z największą świątynią Mormonów (niestety do 4.08 niedostępną dla zwiedzających :(, a wartą zobaczenia..) Salt Lake Temple stanowią centralny punkt miasta. Kompleks składa sie z kilku budynków, w tym tzw. Tabernacle (miejsce spotkań) z pięknymi organami w środku.


Oprócz wspaniałe brzmiących organów (sprawdzone "nausznie" ;) ) budynek chcarekteryzuje się doskonałą akustyką. Mieliśmy okazję się o tym przekonać, kiedy z odległości ponad 50m mogliśmy wyraźnie usłyszeć dźwięk towarzyszący przedzieraniu niewielkiej kartki czy upuszczanych szpilek. Głos lektora bez mikrofonu był doskonale slyszalny, co ciekawe - brzmiał wyraźniej bez nagłośnienia niż z użyciem mikrofonu. Koncert organowy w tym miejscu to prawdziwa uczta :). Świątynia w środku wyglada inaczej niż znane nam kościoły - ma kilka kondygnacji, wiele pomieszczeń o rożnym przeznaczeniu, w tym - basen chrzcielny.. Niestety teraz można to zobaczyć tylko na makiecie i prezentacji multimedialnej - trzeba przyznać - doskonałej jakości.. Próbka makiety - poniżej:



Po lunchu - wizyta w parku: "This Is The Place", miejscu na które przybyli Mormoni wygnani wcześniej z Illinois, poniżej którego powstało potem Salt Lake City. W parku odtworzono osadę pionierów, gdzie przez cały dzień życie toczy się tak jak ponad sto lat temu - prezentacja multimedialna na żywo :). Autentyczne domy (przeniesione z oryginalnych miejsc), ubrania, narzędzia.. Można pogadać z mieszkańcami, dopytać co robią, pozwolić fryzjerowi się ogolić, etc.
Skoro miasto wzięło nazwę od słonego jeziora - koniecznie trzeba było je zobaczyć z bliska. Ogromny zbiornik o zasoleniu miejscami tylko niewiele mniejszym od Morza Martwego. Wykąpać sie niestety w tym nie dało (niski poziom wody, goraca, zapach nie do wytrzymania..) ale wygląda całkiem ładnie..



Jutro - Nevada, z pustynią/wyschnieęym dnem jeziora, gdzie bije sie rekordy prędkości. Może uda się coś podejrzeć :).

piątek, 11 lipca 2014

Arches - nie tylko łuki..

10.07
Park Arches to dla mnie jedno z miejsc, z listy "it's a must".. Rozległy (duzo bardziej niż myślałem) teren pokryty fantastycznymi kształtami. Czerwone skały poukładane w całe mnóstwo rożnych formacji - nie tylko łuków.. Musiałem mocno walczyć ze sobą, żeby po wjeździe do parku nie zatrzymywać sie co kilkaset metrów i nie wyciągać co chwila aparatu. Nagromadzenie zapierających dech w piersiach widoków jest ogromne.. Plan jednak był inny - przejechać na koniec parku, do wejścia na pieszy szlak zwany "Devils Garden" - po to żeby zdążyć przed największym upałem..
Już sama nazwa szlaku zachęca ;). Oprócz tego, w bezpośrednim otoczeniu jest kilka fajnych łuków, w tym ten chyba najbardziej spektakularny, a na pewno najdłuższy, zwany Landscape Arche:



Prawie pięciogodzinna trasa okazała się strzałem w dziesiątkę. Mimo sporego zmęczenia ( jednak było znacznie ponad 30 stopni) - zdecydowanie warto się pomęczyć. Nie pamiętam bardziej spektakularnego widokowo górskiego szlaku, a widziałem ich już trochę.. Oprócz łuków, które są tu główną atrakcją:





można podziwiać kształty i widoki iście z innych planet:






Znów - zdecydowanie pozytywne zaskoczenie, mimo obaw - naprawdę trudno to sobie wcześniej wyobrazić.. Za to przeżycia zdecydowanie łatwo zapamiętać..
Jako drogę powrotną wybraliśmy tzw. "Primitive Trail", gdzie czekała nas jeszcze jedna atrakcja - niemal kompletny brak ludzi :) - wszystkie skały tylko dla nas ;). Rodzina dziś już w komplecie - po wczorajszym zatruciu prawie nie ma śladu..



Wracając samochodem zatrzymaliśmy sie jeszcze popatrzeć na "ikonę" parku - Delicate Arche. Jego zdjęcia zdobią wszystkie przewodniki wiec ja tej fotografii tu nie zamieszczę :).
Po południu jak zwykle - w drogę. Tym razem do Salt Lake City. Zjechaliśmy trochę niżej i widoki kompletnie sie zmieniły - znów więcej roślinności, a tereny o wiele bardziej cywilizowane. Pogoda niestety tez sie zmieniła - oby jutro nie lało..
Po drodze, chcąc zrobić zakupy w centrum handlowym na przedmieściach jakiegoś miasta, dziarsko wkroczyliśmy do marketu z obiecującym napisem "Food4less". W środku wyglądał nieco dziwne - nawet jak na ten kraj: zero towarów, puste ściany i podłogi, na środku ustawiony krąg z jakiś kanap/wersalek, a wkoło "lekko dobrze zbudowane", szeroko uśmiechnięte i przyjaźnie nastawione amerykanki na.. wrotkach.. Hmm, niby u nas tez kiedyś w jednym z supermarketów obsługa klienta jeźdiła na wrotkach (to były czasy ;) - nawet nie zauważyłem kiedy ten wdzięczny zwyczaj zanikł..), jednak tutaj ten pomysł doprowadzono do perfekcji: nie ma klientów, nie ma towarów, są tylko panie na wrotkach w pustym sklepie :). Zakupy zrobiliśmy gdzie indziej ;)..

czwartek, 10 lipca 2014

Pre-Indianie

9.07

Dziś większość dnia upłynęła w parku Mesa Verde. Po porannych pogaduszkach z właścicielką hotelu (i dwóch ogromnych dogów - przytulaków :) ) spakowani zameldowalismy sie u wejścia do parku. Teren jest bardzo ciekawy - płaskowyże na wysokości około 2500 mnpm poprzecinane wąwozami/klifami, na zboczach których zachowały sie siedliska pre-Indian, którzy żyli tu mniej więcej miedzy piątym a dwunastym wiekiem. Na "płaskim" uprawiali ziemię, na zboczach mieszkali/chowali sie przed wrogami. Nie wiedziałem wcześniej ze taka kultura tu egzystowała. Jeśli myślimy o tych czasach i Ameryce to raczej przychodzą na myśl Inkowie, Majowie, Aztekowie, etc. A tu proszę - i tu wyplatano koszyki i zajmowano sie garncarstwem. Domostwa wyglądają bardzo ciekawie,



otoczenie też przyciąga uwagę,




a widoki z płaskowyżu - rozległe:





Po południu przejazd przez część Kolorado i południową część Utah do Moab - bazy dla wypadów do parku Arches..
Ciekawe, że prawie przez całą cześć trasy, która prowadziła przez Kolorado otaczały nas intensywnie nawadniane pola uprawne i mnóstwo roślinności.. Po przekroczeniu granicy Utah - znów skaly i pustkowia. Za to - jakie piękne :). Jedno co łączy te dwie części kraju to rozległe przestrzenie. Wzrok wędruje w nieskończoność..
Z tymi ośmioma godzinami przesunięcia czasu wczoraj to pomyłka - odjąlem zamiast dodać ;). W rzeczywistości jesteśmy teraz -10h w stosunku do Polski.
Czas spać :)

środa, 9 lipca 2014

Monument Valley

08.07
Dziś sporo do przejechania.. (około 400 km)
Po obfotografowaniu otoczenia Motelu - w drogę, highway'ami stanowymi (czyli - ruch mniejszy.. ;) ). Można poczuć jak wielki to kraj - droga prowadziła głownie przez pustkowia. Jadąc, wyobrażałem sobie ludzi, którzy 150 lat temu przemierzali te tereny na charakterystycznych wozach - jadąc w nieznane, z całym dobytkiem pod półciennym dachem. Nie wiem czy kierowała nimi odwaga czy determinacja, ale czuję coś na kształt szacunku dla nich. Mam wrażenie, że poza wyasfaltowaniem dawnych szlaków w otoczeniu niewiele sie zmieniło, więc wyobraźnia ma ułatwione zadanie. Zamiast samochodów - dyliżanse, zamiast stacji benzynowych - Saloon'y...
Droga długa, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że było nudno - różnorodność przyrody, mimo dość trudnych warunków, bardzo duża. Ziemia i skaly przybierają kolory od intensywnie ceglastego, przez żółty, beżowy po szary. Roślinność zmienia sie wraz z wysokością (w ciagu całej drogi różnica wyniosła około 800m w pionie) i, co ciekawe, odwrotnie niż w Polsce: im wyżej tym bujniej ;). Np. porządne drzewa zaczynają rosnąć gdzieś od wysokości 2000 mnpm. Tłumaczę to sobie temperaturą, która zmienia sie równie szybko - w niższych partiach było ponad 35 stopni Celsjusza, w niższych - w okolicach 20. Ukształtowanie terenu tez zaskakuje co chwilę, przestrzeń - po bardzo daleki horyzont..


Pierwszy przystanek dziś to Monument Valley. Widoki znane każdemu dziecku, więc znów miałem małe obawy, że będzie rozczarowanie i znów - na szczęście nic z tych rzeczy :). Jedna wielka uczta dla oka ;).





W dolinie, przez którą prowadzi droga z gatunku tych dla dyliżansów - mała przygoda. Przy pokonywaniu najtrudniejszego odcinka pod górę naderwałem plastikową osłonę spodu komory silnika. Po uderzeniu w kamień połowa się oderwała i zawinęła pod spod samochodu - nic groźnego tylko trochę "szura" o asfalt. Na szczęście udało sie ją naprawić za pomocą Meksykańskiego Kapelusza:


Tzn. tak sie nazywa skała jak na zdjęciu powyżej, do,której prowadziło małe bezdroże. Odpowiednio ustawiając auto nad nierównością i cofając udało sie osłonę "odwinąć". Potem tylko mały "nurek" pod samochód i problem udało sie obejść "work-around'em", więc nasz Chevy znów nie szura :).
Kolejny przystanek - miejsce gdzie krzyżują się granice czterech stanów - podobno jedyne takie w US. Jak przyjąć dobrą pozycję to można mieć każdą kończynę w innym stanie ;). Ekstra atrakcją był bardzo silny wiatr, który nagle się zerwał. Nie można było odwrócić twarzy pod wiatr - natychmiast obrzucony była drobnym żwirkiem. Piach miałem do wieczora w każdym otworze ciała ( no.. z tych wystawionych na wiatr).
Wieczorem wylądowaliśmy w Cortez, w Colorado. Motel o wdzięcznej nazwie Tomahawk prowadzi.. para z Polski. Z czterech naszych dotychczasowych "niesieciowych" hoteli/moteli, dwa prowadzili Polacy. Ciekawe co będzie dalej..
W międzyczasie leczymy Krzysia, który zatruł się Navajo Taco z przydrożnej restauracji - lekkostrawne to to nie było :( .
Z innych ciekawostek - znów zmiana czasu. Dotychczas byliśmy w tej części Arizony w której obowiązuje czas letni. W innej części tego stanu, w Utah i w Colorado czas letni nie obowiązuje, wiec teraz mamy -8 w stosunku do Polski..
Jutro - domy w skałach, pozostałości "pre-Indian" z 6-14 wieku, czyli Park Mesa Verde..

wtorek, 8 lipca 2014

Kanion Antylopy czy jaskinia Antylopy?

07.07

Oficjalnie to kanion choć w zasadzie człowiek czuje sie jakby przebywał w jaskini. Bardzo wąskiej, z "oknami" w stropie co jakiś czas.. Mógłbym szczegółowo opisywać jak to wygląda, ale żadne słowa tego nie oddadzą.. Ściany wyżłobione przez wodę w ceglanej skale tworzą kształty absolutnie niepowtarzalne. Na to wszystko nakłada sie słońce ze swoim "light show" - przez około 2h, w okolicach południa, przez niewielkie otwory w stropie wpadają promienie słońca tworząc widowisko wyjątkowe. Faktura, kolory, nasycenie, intensywność światła - wszystko zmienia się wraz z przesuwajacymi się promieniami i kątem pod jakim patrzymy. Miejsce jest słynne - szczególnie wśród ludzi zajmujących się fotografią - pozostaje potwierdzić że zasłużyło na swoją sławę.. W tzw. "peak hours" w jaskini jest pełno ludzi oprowdzanych przez indiańskich przewodników. Można zapisać się tez na tzw. "Photographic tour" i liczyć że choć przez 1-2 minuty nikt nie wejdzie nam w kadr. Przynajmniej w teorii.. Przewodnik wskaże tez najlepsze miejsce do ustawienia aparatu (specjalnie przydźwigałem statyw ;) ) i zasugeruje najbardziej korzystny kierunek. Brzmi to trochę głupio, ale trzeba pamietać ze w niektórych miejscach światło pojawia sie tylko przez kilka min. w ciagu dnia.. Do tego dochodzi "walka o miejsce" ze współtowrzyszami wycieczki - emocje przez 100% czasu gwarantowane :). Rezultat - kilkaset zdjeć, z których trzeba będzie wybrać kilka tych najlepszych.. plus poobcierane kolana.. Efekt końcowy dopiero po powrocie - teraz tylko kilka próbek:










Chciałoby się nie wychodzić..

Po obiedzie w Taco Bell czas na 1sze spotkanie z amerykańską pralnią samoobsługową :). Trwało trochę więcej niż godzinę (nie licząc pół h "kombinowania" jak to wszystko obsłużyć ;) i obeszło sie nawet bez strat.. :)
Wieczorem - kąpiel w Lake Powell - pięknie położonym sztucznym jeziorze, które również jest parkiem narodowym. 10 min. jazdy samochodem od motelu w którym sie zatrzymaliśmy. Woda ciepła, widoki piękne, i nawet obeszło się bez burzy..






Jutro - Monument Valley i miejsce skrzyżowania granic czterech stanów - jedyne takie w USA.. I około 250 mil do przejechania..