wtorek, 25 czerwca 2019

Stek z bizona w pięknych okolicznościach przyrody

Kontaktu z przyrodą może dziś za dużo nie było ale sprzyjające okoliczności przyrody - jak najbardziej. Praktycznie cała droga przez zachodnie Wyoming a potem Utah to jedna wielka "scenic drive". Na południe udaliśmy się drogami stanowymi, z pominięciem autostrad, co było bardzo dobrym pomysłem. Widok za oknem zmieniał się nieustannie - od otwartych przestrzeni, przez kilkudziesięciokilometrowy Wąwóz Flamingów, kaniony, pasma górskie z przełęczą ok. 2800 m npm, na której znienacka się znaleźliśmy aż po czerwone skały Utah. Ziemia jest piękna sama z siebie, oby człowiek nie dał rady jej zniszczyć. Że tak sobie westchnę..
Stek z bizona też był - specjalnie nadłożyliśmy drogi do rezerwatu Indian Uta.. Teraz jeszcze liczymy na znalezienie campingu jak najbliżej Dead Horse Point bo plany na jutro zaczynają się o świcie..

Trochę fotek z drogi poniżej. Dziś pierwszy raz od wypadku prowadziłem samochód :).







No i znalzł się całkiem fajny camping:


poniedziałek, 24 czerwca 2019

Wild horses heaven




Tak nazywają to miejsce Nancy i Steaven, którzy byli dziś naszymi przewodnikami.Trudno je opisać, trzeba je zobaczyć. Mam przed oczami mnóstwo wspaniałych obrazów i myślę, że na długo ze mną zostaną. Jestem też podekscytowany na myśl o powrocie i "obróbce" zdjęć, które dziś zostały zrobione.. Te z komórki, zamieszczone tutaj, nie oddają niestety uroku ani miejsca, ani zwierząt..


 2h jazdy po skalistej drodze, samochodem 4x4, wyprowadza nas na coś w rodzaju płaskowyżu pokrytego trawą, miejscami zadrzewionego, miejscami - wyglądającego jak ogromne pastwisko. W ciągu następnych 2h, przemieszczając się powoli, mogliśmy przybywać wśród wspaniałych koni, w ich naturalnym środowisku. Są bardzo spokojne, pozwalają podejść dość blisko, do "akcji" dochodzi tylko wtedy kiedy jakiś ogier naruszy terytorium innego, albo kiedy w grę wchodzą sprawy "damsko- męskie".




 Nie jestem fanem koni ale ciarki po plecach przechodziły mi co chwilę. Widzieliśmy około 70 osobników z populacji około 120 żyjących w górach Prior. Przepięknie umieszczone, w dodatku - różnorodnie: od czarnych, przez brązowe, szare po kare, pięknie kontrastujące z zielonym otoczeniem. Można po prostu wśród nich usiąść i być..Pogoda tym razem dopisała - pozostało tylko cieszyć wzrok..
Ostatnie cztery dni to dobrze spędzony czas, wreszcie bez kłopotów. Bardzo dużo kontaktu z przyrodą i ludźmi. Teraz czas na południe - jutrzejszy dzień to transfer w kierunku miejsca, które nazywa się Island In The Sky. Brzmi nieźle..

niedziela, 23 czerwca 2019

Indianie i Kowboje


Nie jestem pewny czy wpisu o tym tytule już na blogu nie było.. W każdym razie plan był taki żeby obejrzeć rekonstrukcję ostatniej wielkiej bitwy między Indianami a armią amerykańską nad Little Big Horn. Właśnie jest rocznica i przez cały weekend trwają różne imprezy w okolicach Crow Agency i pola bitwy łącznie z powtarzaną przez 3 dni rekonstrukcją bitwy. Chyba że nie pozwolą na to warunki pogodowe. Tak jak dziś. Niestety :(. Indianie i Kowboje mogliby nie wydostać się z zabagnionej rzeki, co nie do końca byłoby zgodne z prawdą historyczną.. Mamy zaproszenie na jutro. Tylko jutro jest akurat ten jeden dzień w roku kiedy nie możemy. Nie pozostaje nam nic innego jak zorganizować koleiny wyjazd do Stanów za jakiś czas. A tym czasem pograsowaliśmy trochę w miejscowym "wszystkowjednym" - trochę zielonych poszło na różne bardzo potrzebne rzeczy. Jak to na wakacjach :).

Potem było coś dla kowboi - kilkugodzinne rodeo, ze wszystkimi klasycznymi atrakcjami, w tym - ujeżdżaniem bykow, uzupełnione wyścigami sztafet indiańskich ( na koniach :) ) - oczywiście na oklep. Bardzo emocjonujące widowisko. Po kolana w błocie..


Wieczorem - widowiskowe Pow Wow. Mnóstwo Indian w kolorowych strojach, wspólne tańce, konkursy, jednym słowem - znów widowiskowo :).



Teraz jeszcze tylko 2.5h dojazdu do Lovell, w górach Prior, a rano - dzikie mustangi :).

Dziś przestałem brać 2 z 3 kropli na oko - czas żeby moja źrenica wróciła do normalnego rozmiaru. Została już niewielka różnica w widzeniu, wygląda że wraca do normy. Tfu tfu...


sobota, 22 czerwca 2019

Lamar - dolina bizonów

Właściwie - nie tylko bizonów. To najdziksza część parku Yelloestone. My spotkaliśmy tu jeszcze sarny/jelenie, coś na  kształt kozic, kozła górskiego a nawet wilka. Wszystko w trakcie popołudniowego przejazdu z północno- zachodniego na północno-wschodni kraniec parku. Dolina jest wspaniała, bardzo rozległa, ogromne przestrzenie łąk otoczone wysokimi górami, pełno strumieni i rozlewisk. Setki bizonów. Można spotkać nawet rosomaki - my widzieliśmy ludzi czatujących z aparatami przy ogromnej norze :). 




Wyjazd z parku nie kończy atrakcji bo zaczyna się droga widokowa - dziesiątki kilometrów wśród gór i kanionów, trasą słynnej ucieczki Indian Nez Pierce, z wodzem Josephem,  przed kawalerią amerykańską. Śladów tej tułaczki jest pełno w parku - trzeba tylko chcieć je znaleźć.. Kulminację trasy, również w sensie dosłownym, stanowi przełęcz na wysokości 2500m - widoki z gatunku tych zapierających ;).




Wczorajszy wieczór spędziliśmy w towarzystwie Trish i Kevina. Ona - zakochana w koniach, umilająca sobie emeryturę strzelaniem z łuku w jeździe na koniu, on - miłośnik fotografii, bardzo częsty bywalec miejsc w Yellowstone do których my nigdy nie dotrzemy. Bardzo dobra kolacja, słuchanie historii o dzikich mustangach i narzekań na obecnego prezydenta USA, którego wielu amerykanów się zwyczajnie wstydzi.. Spotkanie to taki wstęp do tego co będzie pojutrze. Moja ekscytacja bliskim spotkaniem z dzikimi końmi tylko wzrosła..

piątek, 21 czerwca 2019

Yelllowstone - tu zawsze warto wrócić..

Ostatnie dwie noce spędziliśmy na terenie północnej części Grand Teton NP. Samego parku jakoś dokładniej nie oglądaliśmy bo naszym celem był Yellowstone ale i tak mogliśmy nacieszyć oczy pięknymi widokami - szczególnie o świcie. Nocleg zarezerwowany przez Booking wydawał się trochę podejrzany i szybko okazało się dlaczego. Miejsce wprawdzie przepięknie położone, z fajnym wschodem i zachodem słońca, ale tipi przeznaczone dla gości, oprócz ścian i czterech skromnych łóżek w środku, nie miały nic. Po jednym śpiworze na łóżko, a rano temperatura spadła poniżej 40 stopni F. Jakoś przetrwaliśmy, ale na następny nocleg nie chciało nam się tam wracać mimo opłaconego rachunku. Zostaliśmy na campingu zaraz przy południowym wyjeździe do YNP. Pierwszy dzień w parku to trochę jak odwiedzanie starych śmieci. Najpierw chciałem zobaczyć Grand Prismatic Spring z góry - widok jest niezapomniany, a przy poprzedniej naszej wizycie ten szlak był w remoncie. Potem - włóczenie się po tzw. Upper Geyser Basin. W tym jednym miejscu znajduje się większość aktywnych gejzerów. Na świecie.. Nie wyłączając absolutnie wyjątkowego Morning Glory Pool..

Drugi dzień to przejazd wschodnią i północną częścią parku. Praktycznie gdzie się nie zatrzymaliśmy - dzikie zwierzęta. Oczywiście bizony

ale i jelenie, ptaki, wiewiórki ziemne, coś w rodzaju małego świstaka no i - misie :). Jeden z całkiem bliska i cała rodzina, obserwowana przez Izę przez użyczoną lornetkę. Bez pośpiechu, przy przyzwoitej pogodzie ( mimo słabych prognoz), do tego piękne krajobrazy, wąwozy, wodospady.. Bardzo fajne 2 dni. 

Ja dodatkowo się cieszę bo moje oko dziś zanotowało wyraźną poprawę. Daleko jeszcze do ideału ale dzisiejszy dzień daje nadzieję. Po 16 tej wyjeżdżamy z parku na północ - nasz Cel to Livingstone, gdzie jesteśmy zaproszeni na kolację u naszych tajemniczych znajomych :).

czwartek, 20 czerwca 2019

Gdzieś w Yellowstone..

Mamy właśnie krótkie okno dostępu do Internetu w samym sercu Yellowstone więc na razie tylko kilka fotek z dzisiejszego dnia. Czas na pisanie będzie później ;). Jutro marzenie każdego turysty: spokojny dzień w jednym z najpiękniejszych parków świata. Gdybym tak jeszcze mógł widzieć na lewe oko, ech..







poniedziałek, 17 czerwca 2019

Trudne decyzje. W drodze na północ.

Za nami dwa dni wymuszonego postoju w miasteczku Lovelock - na wschód od Reno w Kalifornii. Cichy ( i tani :) ) motel, stacja benzynowa ze sklepikiem i pralnią, naprzeciwko - Casino z restauracją o zachęcającej nazwie Black Rock Grill. Półtora dnia nic nie robienia, jak najwięcej leżenia w pozycji vertykalnej ( :) ) - tak tak, takie zalecenie lekarza, również - w nocy.. Na koniec - b. trudna decyzja, co dalej. Póki co nie mogę podejmować zbyt dużego wysiłku, nawet - schylać się, a my mamy do wyboru, albo ograniczyć się do Utah i Arizony, albo - zgodnie z oryginalnym planem jechać najpierw na północ do Yellowstone i Pryor Mountains - zobaczyć mustangi. Po naprawdę wielu godzinach "deliberacji" zwyciężyła opcja druga. W konsekwencji - od rana kierujemy się na północ. Za kilka dni, po powrocie w cieplejsze strony trzeba będzie dokonać kolejnych drastycznych cięć w planie podróży, bo wypadek zabrał nam tydzień czasu. I oby tylko tyle..
Tymczasem - znane z wcześniejszych wyjazdów widoki: bardzo kontrastowe chmury w tej części nieba gdzie akurat nie ma popołudniowej burzy..