wtorek, 10 maja 2022

Żółwie i jaszczury








Jak zaczynać oglądanie żółwiowych wysp to oczywiście od żółwi. Niejeden mógłby tak pomyśleć. Naszą intencją było właściwie co innego.., ale przecież my nie z tych co zamykają się na pojawiające się możliwości. Nie zdążyliśmy nawet dobrze wyjść z hotelu, a już napatoczył się driver z ofertą. Cena przyzwoita, driver miły, więc zaakceptowaliśmy.. Czyli - jednak żółwie. Wcześniej śniadanie z widokiem na port i krótka wizyta w miejscu gdzie rybacy sprzedają świeży połów i gdzie przy okazji parę innych stworzeń się pożywi. Szybujące fregaty robią naprawdę wrażenie..

Potem - El Chato gdzie mieszkają żółwie słoniowe i gdzie mieliśmy przypadkiem okazję kibicować stulatkowi w seksie (gratuluję, nie zazdroszczę, żółwie współżyją podobno 2-3 h..). Cała "akcja" zakończyła się interwencją 130-to letniego gospodarza terenu, który bezceremonialnie zrzucił delikwenta z samicy - normalnie akcja na sensacyjny film przyrodniczy.. Wczesne popołudnie - na malowniczejplaży, gdzie oprócz pięknie kolorowych krabów zawarliśmy znajomość z trzeba legwanami morskimi. Tym razem - bez ekscesów. Wieczorem - już powoli tradycyjna tutaj promocja 3x10. Trzy drinki za dziesięć dolarów 😋.
Jutro płyniemy popatrzeć na życie podwodne, pojutrze - ptasia wyspa z fregatami i legwanami lądowymi..


poniedziałek, 9 maja 2022

Galapagos - pierwsze koty za płoty

 Od rana niestety bardzo intensywnie. O szóstej na lotnisko, potem nerwowe chwile przy załatwianiu formalności ( dokumenty transferowe, sprawdzanie sanitarne bagaży), odprawa, śniadanie

.. i wylot. Ponad dwugodzinny lot z przystankiem po drodze. Na miejscu wszystko poszło sprawnie: szybka kontrola, 100 USD od łebka, bagaże całego samolotu zgromadzone w jednym miejscu i małe przedstawienie z psami, które je przeszukiwały. Transfer do przystani autobusami (5 USD) , prom (1 USD) i taksówka - współdzielona z dwoma Austriaczkami. Wszystko - jakieś 1,5 - 2h od lądowania. Jest gorąco i dość wilgotno. Za radą pani recepcjonistki - obiad w pobliskiej jadłodajni (połączenie krupniku z rosołem, z kurzymi łapkami :) ) + ryba. Od razu wsiąkamy w lokalny klimat.. Po południu - spacerem do przystani. Miasteczko - biedne, tylko główna ulica bardziej turystyczna. Generalnie dość wyluzowana atmosfera. Parę wizyt w lokalnych agencjach (przed Covidem było drogo, teraz -berdzo drogo). Po paru nerwowych chwilach, jak zwykle na początku wyjazdu :), wiadomo - jet lag, jakieś ramy się zarysowały. Mamy wykupione dwie atrakcyjne wycieczki na ostatnie dwa dni, a rano w hotelu wydumaliśmy co z pozostałymi dniami mniej więcej. Się zobaczy.. Wieczorem na przystani: pelikany polują przy pomoście bo woda podświetlana i przyciąga ryby. Czatują na poręczy pomostu, potem - błyskawiczny skok, połyk ( :) ) i odlot na nową pozycję. Czego nie doje pelikan - dokańczają małe rekiny... Fajnie się to ogląda..






niedziela, 8 maja 2022

Quito, powitanie z pompą. A nawet z dwiema..

 Zejście do lądowania na lotnisku w Quito można uznać za spektakularne. Płyta jest na wysokości ponad 2700 m.n.p.m., a ogromną kotlinę, w której leży stolica Ekwadoru, otaczają szczyty na oko o jakieś 1000 m wyższe. Można pomachać kierowcom na drogach, które widać na wysokości skrzydeł kilka km przed przyziemieniem.. Wylądowaliśmy zgodnie z planem, a w trakcie kołowania do terminalu przywitała nas "brama" stworzona przez dwie ogromne lotniskowe pompy strażackie. Okazuje się, że to pierwszy przypadek lądowania Dreamlinera w barwach KLM na tutejszym lotnisku, więc i mała uroczystość się trafiła.. Pogoda typowa dla tego miejsca - dość ciepło ale mnóstwo chmur. Odprawa dość sprawna - jak widać to nie amerykańskie immigration.. Nawet przy wyjściach z terminalu dość spokojnie - jak nie w Ameryce Południowej. Uber dość drogi, hotelik na kompletnym zadupiu, 5km od lotniska. Nad nami trzy ogromne orły, na polu obok - cielęta. Swojsko. Padamy na twarz, jak to po dobie podróży, ale od północy miejscowego czasu już nie możemy spać. 7h różnicy.. Bladym świtem wyjazd na Galapagos, Quito musi poczekać.





czwartek, 15 lipca 2021

Transalpiną do domu

 Ostatnie 3?dni to, najpierw przejaw znad morza w kierunku zachodnim, a potem na północ - transalpiną. Pierwszego dnia udało się dojechać do miejscowości Caracul, gdzie po spacerze w pięknym parku i małej burzy mózgów zdecydowaliśmy się na „wariant wysokogórski” . „Opcja wyżynna” nie wytrzymała próby pogody - prognozy mówiły o 38 stopniach.. Wybór okazał się bardzo dobry - transalpina to piękne widoki, a miejscówka na nocleg okazała się rewelacyjna: coś jakby postawić auto na Kopie Kondrackiej w Tatrach. Spokojne popołudnie, trochę wiatru i mgły w nocy i piękny wschód słońca. Rano zostaliśmy jeszcze na kilka godzin w górach - super spędzony czas. Jakby ktoś pytał o porównanie dwóch wysokogorskich tras w Rumunii: trafalgarska to jakby poprowadzić trasę drogową na Zawrat od strony Pięciu Stawów a następnie - serpentynami do Murowańca, transalpina - to jakby poprowadzić trasę grzbietami Czerwonych Wierchów. Nam do gustu bardziej przypadła tacdruga..

Po południu wizyta na jednym z zamków Transylwanii - Corvinilor. Piękny z zewnątrz, „klasyczny” wjazd nad głęboką fosą. Zamek ładny, za to pan parkingowy - mniej, próbował mnie „orżnąć” dwa razy w ciągu pięciu minut, bez mrugnięcia okiem. I opinia pójdzie w świat.. 

Pozostał nam jeszcze powrót - na dwa „skoki” - do Tokaju (wino po którym nie ma kaca - zrobić zapasy obowiązkowo :) ), a pojutrze - Kraków. Może jeszcze się zbiorę na pare słów podsumowania - zobaczymy.. A na razie - rumuński Jidvei, Sauvignon Blanc -  na zdrowie..








poniedziałek, 12 lipca 2021

Delta c.d.

Postanowiliśmy zostać trochę dłużej w okolicach ujścia Dunaju. W sobotę rano ewakuacja z campingu w Tulcea, gdzie codziennie o 21szej rozpoczyna się zmasowany atak komarów. Jakby nie patrzeć - pewnie największe rozlewisko w Europie. Powolnym ruchem przesuwaliśmy się w kierunku morza, zatrzymując się a to dla ładnego widoku, a to w czymś w rodzaju skansenu, a to - żeby podglądać żołny i kraski. Żeby jeszcze takie płochliwe nie były. Po południu, dzięki park4night trafiliśmy na mały, prywatny camping, prowadzony przez Ovidiu Ivanowa. Młody człowiek, który od dziecka prowadzi wycieczki motorówką po delcie. Niewielka, odkryta łódka, wolne tempo, sternik mówi po angielsku i zna się na ptakach - kiedy spytał czy gotowi jesteśmy wstać o 4tej rano (w Polsce 3cia - ból w czystej postaci..) - wiedzieliśmy, że właśnie o to nam chodzi. W dodatku - 6 godzin wycieczki tylko dla nas.. Jak dla mnie to było jedno z tych doświadczeń, które „robią różnicę”, które zostają na zawsze. Wschód słońca na rozlewisku, potem kilometry kanałów wśród budzących się ptaków, bez innych turystów.. Było parę momentów, które wzbudzały dreszcze.. Ciekawe jak wyjdą zdjęcia po powrocie.. Były: pelikany na pływająco, na śpiąco i latająco, czaple: purpurowe modro-dziobe, nadobne, białe i siwe, ibisy kasztanowate, płaskodzioby i inne ptaki brodzące, warzęchy (bardzo rzadkie !), perkozy dwuczube z młodymi, trochę „drapoli”, mnóstwo mew i kormoranów wszelkiej maści.. Byliśmy też odwiedzić rybaków i zobaczyć wymarłą wioskę - skutek chorej wyobraźni Nicolae C. - z fabryką szkła, na szczęście nigdy nie uruchomioną. W domach zbudowanych dla załogi, nigdy nie zasiedlonych, mieszka dziś gromada półdzikich osłów - historia dopisała celną pointę.. 

Po południu - udaliśmy się na południe :) , gdzie spędziliśmy leniwy dzień na plaży. Pięknie położony camping, na skarpie, z widokiem na morze i.. rafinerię (tak z boku trochę..), niestety - bez romantycznego zachodu słońca (morze nie to..). Jutro pokręcimy się jeszcze trochę w okolicy, a potem - kierunek zachód/północny zachód.. 










piątek, 9 lipca 2021

Delta..

Dziś zgodnie z planem cały dzień na wycieczce po delcie Dunaju. Labirynt kanałów, jeziora, rozlewiska.. Zrobiliśmy tzw. klasyczną pętlę, aż do Morza Czarnego. Po drodze mnóstwo ptaków - jakby chcieć to eksplorować to najlepiej prywatną łodzią i powoli. Jakby mieć kilka tygodni i kupę forsy..




W międzyczasie była przerwa na kąpiel w morzu. Krótki wypad na plażę uświadomił mi ze Rumunia to jednak jak Rosja - również stan umysłu. Do mnóstwa wałęsających się psów, osła na drodze i niedźwiedzia na parkingu doszedł dziś - byk na plaży. Z ogromnymi rogami i nie wykastrowany. Najlepsze w tym wszystkim jest to że pochodził sobie, poleżał - i nie wzbudził w zasadzie żadnego zainteresowania wśród miejscowych. Znaczy - normalka. Mówiłem - stan umysłu. 

Jutro - nie wiadomo co będziemy robić - i to jest fajne :)






A taki widok wita wszystkich wracających z wycieczek po Dunaju - prestiżowy bulwar, centrum miasta. Przed Rumunią jeszcze długa droga..



czwartek, 8 lipca 2021

Przez wulkany błotne nad Dunaj

 Czas powoli zjeżdżać z gór - na wschód. Zanim jednak dotrzemy do Delty Dunaju - przystanek w okolicach Berca. Zastanawialiśmy się czy po wizytach w Yellowstone i na Islandii miejscowe wulkany błotne nie wydadzą nam się lekko nieatrakcyjne.. Na szczęście nic z tych rzeczy. Rumunia, oprócz rozległych Karpat, ma wspaniałą atrakcję przyrodniczą. Miejsce jest absolutnie wyjątkowe i godne odwiedzenia. Szczególnie jeśli zrobić to o zachodzie słońca bez obecności innych turystów. Cisza, przerywana tylko bulgotaniem błota o zapachu asfaltu, piękne otoczenie.. Chcę się być.. 

Po drodze robimy "ptasie przystanki". Z ciekawszych okazów - wczoraj widzieliśmy przepięknie upierzoną Żołnę, bardzo rzadką w Polsce, i całe mnóstwo kolorowych Dudków, dziś - Kraskę. Po południu przepłynęliśmy promem Dunaj i dotarliśmy do Tulcea. Plan na jutro - całodzienna wycieczka łodzią po delcie Dunaju.. jeśli wcześniej nie zjadzą nas komary..