piątek, 26 maja 2017

25.05 Apache Fort i Skamieniały Las

Wczoraj  przejechaliśmy ponad 500 km. Krajobraz zmienił sie w tym czasie kilkukrotnie. Od półpustynnych, piaskowych okolic Tombstone i Tucson, poprzez pokryte kaktusami wzgórza na północ od Tucson, czerwone góry pokryte zielonymi zaroślami 200 km dalej, aż po lasy sosnowe w górach, gdzie teraz jesteśmy. Przy okazji zmieniła się też strefa klimatyczna. Ponieważ suchym, pustynnym klimacie południowej Arizony teraz powietrze zrobiło się rześkie. Wczoraj temperatura w południe dochodziła do 40 stopni. Dziś rano było poniżej 20tu. Krajobraz White Mountains jest trochę podobny do polskiego, tyle że lasy są.. ogrodzone. 
Przynajmniej nikt ich nie wytnie..
Wczoraj późnym popołudniem przejechaliśmy też kanion Salt River, która stanowi granicę między dwoma indiańskimi rezerwatami. Przepastny wąwóz, pionowe ściany, widok zapiera dech. Konkurencji Grand Canion'u oczywiście nie wytrzymuje, ale to naprawdę wyjątkowe miejsce. Podróż od razu potoczyła się wolniej - zatrzymywaliśmy sie kilkukrotnie..
Rano cofamy sie o około 40 km. Wczoraj na wizytę w forcie było za późno, a na terenie rezerwatu noclegu nie udało sie znaleźć.. Fort Apache, a właściwie znajdujące się tu muzeum to miejsce przesiąknięte magią. Ekspozycja jest niewielka, ale przemawiająca do wyobraźni, zwłaszcza - historie Indian opowiadane bezpośrednio przez nich. To nic że z ekranu - przejmują i tak. A że ekran w wigwamie to nastrój udziela sie od razu.. Wiadomo, że każde plemię ma takich historii mnóstwo. Nigdy nie były zapisywane - żyją jedynie w pamięci kolejnych pokoleń, rozproszone w głowach poszczególnych członków plemienia.. Zaletą takiego stanu rzeczy jest to, że Indianie potrafią opowiadać, historie brzmią prosto i autentycznie, wadą - że dostępne są właściwie tylko dla nich. Kiedy spytaliśmy obsługę czy mogą udostępnić/sprzedać nagrania "wywiadów" których mogliśmy posłuchać, lub kupić ich spisaną wersję, odpowiedź była negatywna. W dodatku to świadoma decyzja, że ich nie rozprzestrzeniają poza plemię. Ich kultura, ich tożsamość, ich prawda.. Wiele tych "ich" im nie zostało. Smutne.. Każde plemię ma np. własną historię stworzenia. My posłuchaliśmy o Stwórcy, który najpierw stworzył ciemność. Pierwsze istoty na początku widziały tylko czerń, potem pojawiły kolejne kolory kojarzone z kierunkami świata (czerń - wschód, żółć/czerwień - południe, niebieski - zachód, biały - północ). Istoty na ziemi doświadczały kolejno tych kolorów. Długo przed ludźmi na ziemi pojawiły sie zwierzęta. Nieboskłon nad ziemią został uniesiony na pajęczynach ogromnych pająków, które plotły kolejno pajęczyny, przychodząc z czterech stron świata i plotąc te pajęczyny w kolorach odpowiadających tym stronom. Na końcu przyszedł pająk z północy i na jego białej pajęczynie uniesiony został nieboskłon. Ludzie zostali ulepieni przez Stwórcę z błota. Kiedy gotowy był ich kształt, Stwórca tchnął w nich swój oddech i powstało życie, duch który mamy w sobie. Jesteśmy na ziemi po to żeby żyć w harmonii z innymi istotami i wypełniać przypisaną nam rolę: być silnymi, zdrowymi, stwarzać dobrą atmosferę i pogodnie się zestarzeć.. Cykl życia człowieka rownież powiązany jest z kolorami, w harmonii z kierunkami świata: kiedy się rodzimy, towarzyszy nam ciemność, przychodzimy jakby ze wschodu, tam gdzie wszystko się zaczyna. Potem towarzyszą nam kolory ognia, słońca, niebieskiego nieba. Jako dorośli powinnismy być gotowi rozświetlać życie naszym dzieciom, aż w końcu, w bieli, przygotowujemy się na spotkanie ze Stwórcą. W świecie duchów, gdzie wszyscy będziemy piękni i młodzi. Mam ciagle przed oczami twarze starszych Indian opowiadających o wąskiej scieżce życia, która wspina się stromo, ma wiele zakrętów, czasem z niej spadamy, doświadczamy ran (chorób, wad, niedoskonałości). Przede wszystkim jednak mamy kochać siebie i brać odpowiedzialność, bo każdy z osobna jest odpowiedzialny za to, żeby dobrze przeżyć swój czas. Słuchać mądrych ludzi, liderów - tych którzy są dla nas wzorem. Na końcu - wszyscy dostaniemy się do równoległego nam świata duchów, gdzie wszyscy będziemy młodzi i piękni. 
Była tez historia potopu, ktory ludzkość przeżyła dzięki dwóm kobietom - starszej i młodszej. Ukryły sie w pniu ogromnej Sykomory wraz z nasionami roślin i zwierzętami, które po potopie mogły sobie wybrać jakim zwierzęciem chcą być w nowym świecie.. Kobiety zabrały tez ze sobą dwa kamienie, dzięki czemu, wyrzuciwszy kamień z drzewa mogły sie przekonać czy woda juz opadła (nie było "plum" ;).  Mogły wtedy wyjść z drzewa i zasiać rośliny..
Pełno w tych historiach harmonii, miłości do życia, szacunku do ziemi. I pełno prostoty. White Mountain Apache mają pretensje do białych że zmienili sposób myślenia ich dzieci, przez co ich życie staje sie nieznośnie skomplikowane i oderwane od natury, ziemi, rytmu, którym żyli ich przodkowie.
Chciałoby się powiedzieć  - czemu my nie mamy swoich prostych opowieści, którymi moglibyśmy sie wymienić z sąsiednimi "plemionami", szanując ich odrębność, wzbogacając nasze historie tym co najlepsze.. Zamiast tego pogrążamy się w milionach niepotrzebnych informacji i emocji, które niszczą nasze życie..

Emocji było tego dnia jeszcze wiele, ponieważ to co można zobaczyć w parku Petrified Forest trudne jest do opisania słowami. Na szczęście pozostały obrazy.. Mnóstwo skamieniałych drzew w kolorach, surowe ale i wielokolorowe wzgórza , które to wszystko otaczają. Zachód słońca zastał nas w miejscu zwanym "Painted Desert".






czwartek, 25 maja 2017

24.05 Rewolwerowcy i Indianie

Tombstone o wschodzie słońca nie wyglada tak pięknie jak o zachodzie, co nie znaczy że poranny spacer był nieudany. Włóczylismy sie około godziny, w poszukiwaniu m.in. cmentarza.





Potem powrót do motelu, pakowanie i z powrotem do miasteczka - na śniadanie. W swojskiej atmosferze, w towarzystwie łba bizona i paru miejscowych, zmierzyliśmy się z dwoma porcjami skromnych, amerykańskich naleśników, uzupełnionych jajecznicą i szynką.. Starczy na trochę...
W oczekiwaniu na otwarcie O.K. Corral była jeszcze chwila żeby powygrzewać się na głównej ulicy miasteczka. Około 9tej - otworzyli muzeum/zagrodę, gdzie miała miejsce najsłynniejsza strzelanina na dzikim zachodzie (tak przynajmniej twierdzą miejscowi). Nie mamy wprawdzie czasu czekać na pokaz na żywo, ale muzeum i tak warte jest odwiedzenia. Można obejrzeć m.in. kuźnię, całkiem legalny w czasach dzikiego zachodu burdel, mini muzeum Geronimo i Apaczów oraz mnóstwo artefaktów z epoki. Jest tez inscenizacja samej strzelaniny - z udziałem naturalnej wielkości, poruszanych manekinów. Spieszymy się żeby zdążyć na 11tą do Tucson, na cmentarzysko samolotów. Jak sie niedługo okazało - znów nadaremnie, bo tym razem brakło dla nas miejsca w autobusie. Widocznie nie ma tam nic ciekawego fatum nas tam nie chce. Obejrzeliśmy za to bardzo dobrze wyposażone muzeum lotnictwa. Mnóstwo samolotów, nie tylko wojskowych, w tym Air Force 1 prezydenta Kennedy'go. Zbliżenie się np. do superfortecy B52 daje pojęcie o potędze zniszczenia amerykańskich sił powietrznych. A to nie jest największy samolot bombowy świata. Generalnie - z jednej strony bardzo ciekawie, z drugiej - trochę dołujące, bo myślę sobie, na cholerę ludzkości tyle śmiertelnych maszyn. Bracia Wright tego nie przewidzieli... Replika ich pięknego samolociku wtłoczona jest w róg hangaru, otoczona cudami technologii zabijania..





Po południu kilkaset km podróży do Fort Apache, który zwiedzimy rano. Wieczorem przejeżdżamy przez rezerwat tego plemienia, co też najweselszym doświadczeniem nie jest. Zaczęliśmy dzień rewolwerowcami i Geronimo, skończyliśmy - z gościną u Indian..

środa, 24 maja 2017

23.05 Kaktusy Giganty..

Nie udało się dojechać do campingu obok parku Saguaro, brakło godziny..
Dziś dalej włóczymy się po Dzikim Zachodzie. Kaktusy Saguaro to motyw wykorzystywany wielokrotnie w westernach i nie tylko. Np. - w Bolku i Lolku też. Na żywo - są bardzo duże, tworzą wymyślne kształty i potrafią ciagnąć sie kilometrami. Znaczy - całe połacie porośnięte lasem kaktusów, nie pojedyncza sztuka. Pojedyncze osobniki potrafią przekraczać 10 m wysokości.





Gdyby nie temperatura dochodząca do 40 stopni chętnie posiedzielibyśmy wsród nich dłużej. W to miejsce podjechaliśmy zajrzeć do filmowego miasteczka Old Tucson - zajrzeć przez płot bo miasteczko czynne jest tylko w weekendy. Wizyta okazała sie brzemienna w skutkach.. Po południu był plan zobaczyć ogromne cmentarzysko nie używanych samolotów, które znajduje sie obok Tucson, ale wyszło inaczej - ostatni autobus na teren składowiska odjechał 10 min. przed naszym przyjazdem, wiec mogliśmy mu z daleka.. pomachać. Udaliśmy sie czym prędzej wiec około 100 km ma południowy wschód do Tombstone, żeby dla odmiany po klimatach indiańskich podejrzeć rewolwerowców. Na strzelaninę odgrywaną w słynnej zagrodzie OK Corral... też sie spóźniliśmy - tym razem tylko 2 min. :). Żeby tak jeszcze przewodniki chciały zamieszczać takie drobiazgi jak godziny dostępności głównych atrakcji.. Trudno - tak widocznie miało być. Dzięki temu staliśmy sie właścicielami dwóch łapaczy snów. Są pięknie wykonane - trzeba będzie znaleźć im godne miejsce.. 
Jak dojadą w całości, bo pakowanie delikatnych konstrukcji trwało około godziny, a i tak nie mam pewności czy przetrzymają traktowanie przez obsługę lotniska. Juz zacząłem też myśleć co w to miejsce będzie musiało zostać w stanach - wszystko sie do walizki nie zmieści.
Tombstone w sporej części składa sie z budynków pamiętających Dziki Zachód, zachowanych w dobrym stanie, wiec klimat można poczuć. Szczególnie teraz kiedy nie ma tu prawie ludzi. Wieczorna sesja fotograficzna przy zachodzącym słońcu , wcześniej - okropne żeberka, wieczorem - dobre drinki w Saloonie.






Dzień udany.. (stałem się fanem drinka zwanego Coronita: piwo Corona, odwrócone i włożone do szklanki z tequillą na lodzie z limonką i syropem cukrowym :) ). W miarę picia, coraz więcej Corony spływa do szklanki i skład drinka sie zmienia.. Spróbuję odtworzyć po powrocie.. 
Jesteśmy w najbardziej na południe wysuniętym punkcie naszej podróży. Jutro zaczynamy podróż na północ.
Powoli Jet Lag nam przechodzi. Powoli...

wtorek, 23 maja 2017

22.05 Joshua Tree..



Pobudka przed piątą rano - Golden Hour nie zaczeka. Przed śniadaniem - sesja przy wchodzącym słońcu. Warto było wstawać.. Towarzyszą nam dzikie króliki i stworzenia podobne do wiewiórek. Włóczę się z aparatem w ręku i wypiekami na twarzy wśród zarośli i drzewek Jozuego. Grzechotniki chyba śpią - w tej sytuacji wydaje się praktycznie niemożliwe uniknąć kontaktu - na szczęście żaden nie stanął na drodze..




Po śniadaniu - czas do parku...

Znów zadziwia mnie różnorodność tego co oferuje Ameryka - nawet na pustyni..





Odwiedzamy kilka miejsc, m.in. opuszczoną kopalnię złota i ogród kaktusów. Bardzo gorąco i bardzo ładnie..




Po zwiedzaniu parku - zostało kilkaset km do zrobienia - kierunek Tucson.

niedziela, 21 maja 2017

21.05, Pow-Wow czyli piknik

Położyliśmy się o 3ciej czasu polskiego wstaliśmy o 4tej rano czasu miejscowego.. Krótka noc :).

Motel jest bardzo "Old Scool'owy" - tak wyglądały zapewne motele w Stanach w latach 50-tych, co czasem widać na starych filmach. Niektóre jak widać przetrwały.. Można poczuć klimat od samego początku..


Obok jest katolicki kościół wiec załapaliśmy się na specjalne błogosławieństwo miejscowego księdza po porannej mszy. Relacje między "hierarchą" a owieczkami są tu o wiele bardziej bezpośrednie, rownież sama msza jest prowadzona w bardziej "ludzki" sposób. Np. - ksiądz wychodzi do ludzi i mówi bez mikrofonu, parafianie reagują żywo, np.śmiechem..
 Po mszy dietetyczne burritos + "wiaderko" coli.. Pełna asymilacja. 

Po ósmej - kierunek przedmieścia, gdzie organizowane jest indiańskie Pow-Wow. Właściwie - mini Pow-Wow, czyli taki piknik wzbogacony występami. Atmosfera nie nazbyt nerwowa można rzec - włóczymy się wśród stoisk z różnymi wyrobami indiańskimi i oglądamy występy. Jeden z tańców "wykonujemy" nawet wspólnie - skoro zapraszają do "Friendship Dance" to jak tu odmówić.. Tylko pióra by się przydały żeby wetknąć gdzieniegdzie, bo odstajemy wyglądem od prowadzącego.. 



Oprócz tańców mamy okazję pogadać - np. z Apache'm, który opowiada trochę o swoim plemieniu i ceremonii "Morning Star". Na obiad najlepszy na świecie Indian Taco. No -  najlepszy z tych dwóch, które w życiu jedliśmy.. Dość długo wpatrywaliśmy się w występ jednego tancerza z plemienia Ponca. Taniec inspirowany zachowaniem konia, który boi się burzy. Piękne to i smutne - towarzyszy nam świadomość nierównych sił w walce o zachowanie kultury i odrębności Indian..



Po południu - kierunek Joshua Tree National Park. Na razie - camping na obrzeżach. Jest pusto i dziko. Zajęliśmy sobie jedno z wielu wolnych miejsc. Na szczęście - jest już chłodniej, w dzień było ponad 37 stopni. 


19/20.05 Na północ, żeby dolecieć na zachod. W Południe..

Może dziś i 19ty.. Cholera wie - zależy czy czasu wylotowego, czy przylotowego. Nie ma znaczenia - ważne żeby zdążyć na lot powrotny. Chyba.. 

Czas wrócić do prawdziwego życia. Jeszcze krótszego od tego "oficjalnego".. 
Tego z zapachami, kolorami, dźwiękami i pogodą determinującą plan dnia.. 
Dreamliner. Hmm.. Dla mnie bardziej "Liner" niż "Dream".. Nie żebym bardzo narzekał.. Drogi Boenigu: nie tylko kurduple tym latają. Popraw się..
Początek podróży prawie bez historii.. Tylko po cholerę to ważenie bagażu podręcznego przy boardingu.. Pierwsze widzę.. Mam na plecach jakieś 15 kg, wliczając whisky w kubku termicznym. Dozwolone jest osiem.. Iza ma pewnie z 6-7, nie licząc mojej torby ze sprzętem, więc suma tez się nie zgadza..Przez chwilę ważą wszystkich. Ja jestem następny.. A jeśli ważyłbym np. 130 kg, to co - kazali by zostawić wszystko ? To jest mądre? Naprawdę ?
Podobno Hewlett z Packardem, jak przyjmowali menedżera do pracy w początkach istnienia swojej firmy, pytali czy ma szczęście. Bo oprócz umiejętności i doświadczenia do sukcesu  potrzebne jest jeszcze szczęście. Może to nie był Hewlett z Packardem, kto by to spamiętał.. 
Może Ci z plecakiem wyglądają niewinniej, a może to jednak szczęście.. Ważne, że nie zważyli, wiec emocji było tylko kilka sekund.. 

Nigdy nie podróżujemy drugi raz w to samo miejsce. Chyba że to Stany..W sumie - miejsce nie całkiem to samo. Jestem nie mniej ciekawy nie poprzednim razem. Tak długo jak ciekawość jest z nami - warto...

Latać nie lubię. Ale dźwięk w słuchawkach ("I was made for Living you", mmm..), przyjemnie rozcieńczoną krew i świadomość, że jeszcze parę godzin do celu - tak. Grenlandia z góry też wyglada pięknie, podobnie jak Islandia, którą minęliśmy godzinę temu, choć inaczej. Śnieg, bezkres.. Masz oczy, to patrz, nawet jak okienko małe... 
LA za jakieś 7 siedem godzin..

Od ostatniej wizyty w Stanach widać postęp w kwestii odpraw paszportowych. Wprowadzono specjalne maszyny, gdzie samemu zdejmuje się własne odciski palców i robi zdjęcie. Nawet automatycznie ustawia sobie wysokość wiec ktoś taki jak ja nie musi się schylać. Maszyna drukuje bilecik, z którym.. tradycyjnie potem trzeba ustawić się w kolejce. Juz po godzinie czarnoskóry urzędnik życzy nam miłego pobytu. Czyli Ameryka chciałaby ale się jeszcze boi..

Reszta poszła sprawnie, choć trochę korków na wylocie autostrady było. Zostaliśmy na 3 tyg. użytkownikiem srebrnego Buicka Envision - skóra/wypas ;) - będzie wygodnie..
W motelu na przywitanie ucięła mnie w czoło miejscowa pszczoła. Można powiedzieć że szybko się integrujemy z miejscowymi. Jeszcze tylko Quesadila i spać - w Polsce juz po 3ciej..

sobota, 22 października 2016

Nairobi by night, czyli Madagaskar na świeżo i trochę chaotycznie..

22.10

Lot upłynął spokojnie, choć w samolocie z popsutą (?) klimatyzacją. Dobrze było wysiąść.. 
Wylądowaliśmy w Nairobi około 19tej, ale moje myśli pozostały jeszcze tam. Fakt że wyjazd nie jest "emocjonalnie obojętny" świadczy o tym, że podróż była udana..
Mam przed oczami ciagle wiele obrazów. Przede wszystkim - ludzi i tego jak żyją.. 
To że kraj jest biedny wiedzą wszyscy. Co innego jednak wiedzieć, co innego - zobaczyć i poczuć. Pierwsze wrażenie życia w stolicy np. to tłok i chaos. Mnóstwo ludzi, mnóstwo samochodów, spaliny, nieporządek, bałagan w zabudowie, zapuszczone przedmieścia. Po wizycie w zachodniej części kraju jednak stolica wydaje sie być oazą lepszego życia. Wrażenie chaosu i (pozornego) bałaganu w organizacji życia pozostaje, jednak ludzie są tu o niebo lepiej ubrani, na ulicach są samochody a nie wózki zaprzężone w Zebu, nikt nie nosi kilometrami wody do wioski, nie ma domów z patyków.. Czy ludzie są tu szczęśliwsi - trudno jednak stwierdzić..
Wiele osób ostrzegało nas przed kieszonkowcami i wychodzeniem po zmroku z hotelu, jednak nie spotkaliśmy sie z żadnymi objawami złych intencji w stosunku do nas. Wręcz przeciwnie. Z krótkiego doświadczenia widać, że Malgasze są ludźmi otwartymi i chętnymi do kontaktów, choć w niektórych sytuacjach wydają sie zawstydzeni. W głębi kraju pojawienie sie białych w wiosce/miasteczku wzbudza ciągle zaciekawienie. Dzieci okazują to oczywiście bezpośrednio - pozdrawiając nas, wykrzykując Salut Vaza (!), a widząc naszą reakcję - podbiegają w nadziei na podarek. Dorośli - przyglądają sie z oddalenia, czasem coś komentując. Nie dziwię sie, bo stanowimy spore urozmaicenie w ich dość prostym i, wydaje się, monotonnym życiu. W porównaniu z naszym - raczej walce o przetrwanie.  
Najlepiej sytuowana wydaje sie centralna część, i to raczej okolice Antsirabe a nie stolicy kraju. Im dalej - tym biedniej. Tam gdzie klimat pozwala, ludzie starają sie uprawiać każdy kawałek ziemi, jednak w części zachodniej - ogromne połacie pozostają niezagospodarowane. W środkowo-zachodniej części kraju deszcz pada niezwykle rzadko, poletka są mikroskopijne, a ludzie potrzebują właściwie wszystkiego. Interesujące jest jednak to, że nie sprawiają wrażenia złych czy sfrustrowanych, raczej - zdeterminowanych i zaprawionych w walce. Przejeżdżając przez wioski, zatrzymując sie w nich, człowiek nie myśli raczej o zwiedzaniu, a o tym jak by tu im pomóc.. Ogromny szacunek u mnie wzbudza to jak potrafią sobie radzić ze wszystkim. Wszyscy - od dwuletniego szkraba po ludzi starszych. Dzieci cierpliwie znoszą niewygody, wymyślają sobie zabawy i zabawki (np. dziś widzieliśmy grupkę dzieciaków z "wózkami" zrobionymi z kartonowych skrzynek po owocach, do których przywiązały sobie sznurki. I pełno radości :). Trochę starsze - pomagają rodzicom. Kobiety - dzielnie dźwigają ciężary na głowach - od chrustu, poprzez różnego rodzaju towary (np. - ryby ;)) po ciężkie baniaki z wodą. A przecież obowiązki domowe (pranie w rzece, sprzątanie obejścia) to w całości ich domena. Mężczyźni - pracują potwornie ciężko, głównie na polach, często - nie za pieniądze, tylko żeby "wyprodukować" to czego potrzebuje rodzina, ewentualnie - wymienić na inny towar. Radzą sobie (bo muszą) w każdej sytuacji (np. widziałem ludzi reperujących silniki samochodowe wprost w przydrożnym pyle, czy transportujących praktycznie każdą rzecz jaką można sobie wyobrazić na ciągniętych, czy pchanych, wózkach. Poziom "zaawansowania technicznego" jest niewyobrażalnie niski - właściwie wszystkie prace polowe (łącznie z oraniem pól) wykonywane są ręcznie, mają tylko bardzo prymitywne narzędzia ("roboty drogowe" : grupa facetów ubrana w odblaskowe kamizelki wymachuje na poboczu metrowymi kijami, do których przywiązane są sierpy - takie "kosiarki", oczywiście - tam gdzie droga jest.. ), poruszają sie w większości pieszo. W miastach głównym zajęciem wydaje sie handel, choć ich tajemnicą pozostaje jak to możliwe, że widać niemal wyłącznie sprzedających, kupujących - jak na lekarstwo.. W wioskach, 14-15 letnie matki nie są rzadkością. Często widać, że dźwigająca na plecach dziecko jest niewiele od niego większa. Oczywiście - czasem to może być siostra, chyba ze dźwigająca jest akurat ciężarna.. Na prowincji jedyne porządne (w ich kategoriach) budynki to kościoły (katolickie, protestanckie, ewnagelicko-reformowane, czasem - meczety) i szkoły. Ludzie zaczynają funkcjonowanie o wschodzie słońca, kończą - w godzinę/dwie po jego zachodzie. Opieki zdrowotnej - żadnej. Często muszą też organizować coś w rodzaju lokalnej milicji - dla utrzymania porządku i ochrony pól przed złodziejami krów. Opieki Państwa nie widać. Drogi raczej niszczeją niz są budowane. Jak już władza coś zrobi to często jest to "chybione" (np. przygotowane betonowe stoiska do handlu, kilometr za wioską - nikomu nie chce sie tam chodzić). 
W czasie naszej podróży zdecydowaliśmy się nie tylko odwiedzać popularne turystycznie miejsca (Państwo zresztą kładzie na nich łapę - np ceny w rezerwatach są juz bardzo wysokie i bedą wyższe), ale "wjechaliśmy" też w tą zwykłą rzeczywistość. Żadne słowa tego nie oddadzą, jak dla mnie - nieocenione doświadczenie życiowe.

Przyjechaliśmy tu bo spodziewaliśmy się, że to zupełnie inny kraj od tego co do tej pory widzieliśmy. Jest rzeczywiście inny. Endemiczna przyroda (Baobaby - mmm.., ptaki, lemury, kameleony, roślinność), ogromne zniszczenia środowiska (ciagle płonące pola, drzewa wycięte, surowy klimat) ale i piękne, nie spotykane gdzie indziej krajobrazy. Nie ma tu tysiącletnich kultur, ludzie pojawili się tu dopiero kilkaset lat temu , są mieszanką przybyszów z Afryki, państw arabskich, Indii, Chin i Malezji (widać to w urodzie ludzi).Kraj biedny ale dzielny, z ciężko pracującymi ludźmi, gdzie wysiłki różnych religii muszą mierzyć się z siłą tradycji i kultur plemion (wczoraj widzieliśmy orszak z ciałem zmarłego wyjętym z grobu - jeszcze mam ciarki..), oraz - z ludzką biedą... Kraj, który ma problemy właściwie ze wszystkim, ale, w którym ludzie sprawiają wrażenie tych, którzy nie myślą o tych problemach tylko po prostu zakasują rękawy i sobie z nimi radzą. Nawet jeśli to w kategoriach Europejczyka praca ponad siły..
Spotkaliśmy Was wielu. Już mi Was brakuje..
Salut Vaza!
Salut Gasy!