poniedziałek, 21 lipca 2014

Ulice San Francisco

Małe p.s. Do dwóch ostatnich dni. Ponieważ odpowiednia przelotka sie znalazła ;) - pare impresji z miasta i okolic..
A my - wracamy..











Wszystkie mosty San Francisco

20.07

Plan na dziś powstał rano. Napa Valley ze swoimi winnicami odpadła w przedbiegach - trzeba by przejechać ponad 400 km. Po przejechaniu do tej pory ponad 5 tysięcy km jakoś niechętnie myślałem o spędzenia znów połowy dnia za kierownicą.. Park z kuzynami Sekwoi, Redwoods, też wyglada atrakcyjnie. I jest bliżej - tuż za Golden Gate, ktory dziś był żelaznym punktem. Drzewa te są wyższe od Sekwoi, ale "delikatniejsze", w związku z czym nie "budzą aż takiego szacunku".. Ale też są piękne, mają po tysięc lat i więcej, rosną w grupach co dodaje im tajemniczości, wiec spacer miedzy nimi dostarcza sporo wrażeń..
Po obiedzie w knajpie nad wodą (ach ten Chowder Clam - jemy już trzeci raz, choć za każdym razem nieco inaczej zrobiony, właściwie - zrobiona ;) ), czas na Golden Gate, jeden z najbardziej obfotografowanych obiektów swiata.. Ale i tak miło popatrzeć. Nieważne jak wspaniałą rzecz się ogląda - ważne co sie czuje :). A każdy czuje inaczej..


Przy moście trochę wiało - oby nie skończyło sie przeziębieniami..
Powrót przez most, to już drugi dzisiaj. Wcześniej był przejazd przez o wiele dłuższy Richmond-San Rafael Bridge, ale Golden Gate robi większe wrażenie. Może poprzez swoją sławę ?
Skoro już byliśmy po stronie SF, to "zaszaleliśmy" - wpakowalismy sie w samo centrum :). Trzeba było przecież zaliczyć zjazd krętą Lambert Street. No i - San Francisco to piękne miasto ;).
Na koniec powrót przez ogromny San Francisco-Oakland Bay Bridge i trzy z czterech wielkich mostów otaczających miasto mamy "zaliczone". Pozostał jeszcze na deser ostatni, chyba najdłuższy - San Mateo Bridge, ale to już jutro, w drodze na lotnisko.
Czas zacząć operację "powrót" , czekają nas dwa ciężkie dni i dwie zmiany czasu..

niedziela, 20 lipca 2014

SF - miasto wyluzowane

19.07
P.s. do wczorajszego wpisu - zabrakło informacji skąd taki tytuł :). Wczoraj Pacyfik był wyjątkowo spokojny.. Być może to kwestia odpływu, być może pogody/braku wiatru. W każdym razie sprawiał wrażenie najbardziej leniwego oceanu na świecie :). Surferzy nie mieli za duzo pożytku z niego..
Do SF wybraliśmy sie podmiejską koleją/metrem BART - jednym z trzech systemów szybkiej kolei w metropolii rozłożonej na brzegach zatoki. Trochę zeszlo nam wcześniej nad "rozkminianiem" jak to działa, gdzie będzie najkorzystniej zostawić auto, jakie kupić bilety... Uroki nieplanowanych podróży ;). Przynajmniej odróżniam teraz cablecar'a od trolejbusu i zwykłego tramwaju.. Tak mi się wydaje, hmm..
Miasto ma zupełnie inny wygląd/klimat od NY. Nie przytłacza wielkością, przez położenie na wzgórzach jest bardzo urokliwe, bardzo duzo dzieje sie nad zatoką.. Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście od żelaznego punktu - czyli Pirsu 39, z lwami morskimi ( nie słoniami - te były wczoraj ;) ) i całą masą sklepów, turystów i knajpek na nabrzeżu. Bardzo kolorowego. Pełno tu tez oczywiście rożnej maści artystów grających na wszystkim, magików i różnych "lanserów". Uwagę przykuł zwłaszcza jeden - o ciemnym kolorze skóry ze spodniami opuszczonymi do połowy pośladków, popisujacy sie jazdą na rowerze przed tłumem czekającymi na tramwaj. Wyglądało to dość zabawnie :). Na razie niestety nie wrzucę zdjęcia, bo gdzieś zaginęła odpowiednia przelotka :(. Wracając do pokazów - trzeba przyznać ze wszystko to razem jest bardzo "pozytywne". Ci ludzie nie tylko "odtwarzają" to co lepiej lub mniej potrafią - starają sie tez stworzyć maly show: wciągają np. na rożne sposoby turystów do zabawy.
Po lwach i pysznej zupie rybnej (krabowej ?) czas na słynne tramwaje, jeżdżące po stromych wzgórzach SF. System funkcjonuje tak jak został zbudowany - z napędem linowym wbudowanym w jezdnię, ręcznymi hamulcami i wagonami obracanymi, też ręcznie, na końcu trasy. Robi to wrażenie - szczególnie w połączeniu z widokami na zatokę, Golden Bridge i Alcatraz..
Przed przyjazdem do SF zastanawiałem sie skąd taki ruch na słynnej uliczce Lambert - bardzo krętej, stromej i skąpanej w zieleni/kwiatach - czyżby ruch w SF był aż tak gęsty ? Okazuje sie że dla wielu turystów przejechanie sie tym krótkim odcinkiem, z góry na dół, stanowi większą atrakcję od oglądania/podziwiania jej. Samochody ustawiają sie wiec w kolejkę i potrzeba kilku policjantów do kierowania strumieniem chętnych.. My zeszliśmy na nogach - więcej widać ;).
Innym charkterystycznym elementem miasta jest zapach, ktory dość często sie pojawia. Czasem jako efekt przejścia wyluzowanej grupy w kolorowych beretach i z długimi dredami, ale nie tylko - czasem pojawia sie po prostu znikąd :). Posiadanie Marihuany na własny użytek jest tu legalne.. A jak już sie posiada to się czasem zapali :).
Miasto jest malownicze - oprócz wzgórz i nabrzeży pełnych turystów jest tez Market Street, której nazwa wskazuje na przeznaczenie.. Ciekawe jest to, że główna, dość ekskluzywna z wyglądu ulica, jeśli pójść nią trochę "pod prąd", nagle przekształca sie w coś rodzaju mini Harlemu, szczególnie jej jedna strona: turyści gdzieś zniknęli, grupki czarnoskórych młodzieńców przestające na ulicy nie wiadomo po co, znajomy zapach ;).
Czasu starczyło jeszcze na odwiedzenie Haight-Ashbury, dzielnicy/ulicy z atmosferą mocno "pacyfistyczną" - z nagromadzeniem knajpek, sklepów, w wielu przypadkach second-hand'ów, z bardzo kolorową odzieżą/butami i miejscem gromadzenia się ludzi, którzy sie w tych sklepach ubierają i nie tylko. Sprawiają wrażenie że łączy ich jedna wspólna cecha - duży dystans do zasad i systemów.. No i ten zapach :).



Trochę nas też San Francisco "schłodzilo" - nie spodziewaliśmy sie tak niskiej temperatury wieczorem, wiec z radością wróciliśmy do ciepłego pokoju na przedmieściach i gorącej herbaty..
Zdjeć dziś nie ma - jak pisałem wcześniej przelotka zaginęła :)..

sobota, 19 lipca 2014

Spokojny Ocean Spokojny

18.07
Okazuje sie ze temperatury w okolicy 20 st. Celsjusza to na wybrzeżu Pacyfiku w Kalifornii raczej norma niż wyjątek. Dziś pierwszy raz od przyloty do Stanów dzień zacząłem w długich spodniach i bluzie. Nie tylko ja zresztą. Po małych problemach z kanalizacją w hotelu :) ruszyliśmy Hwy 1 na północ. Cel - Hayword, przedmieścia SF. Ale wcześniej piękna widokowo trasa, praktycznie bez żadnego miasta aż do Carmen on the Sea, niedaleko Monterey. Nie ma na tej trasie miejscowości, praktycznie nie ma co zjeść po drodze (Amerykanie uwielbiają pikniki - jeszcze sie tego nie nauczyliśmy ;) ), są za to widoki, mewy, ibisy (chyba ;) ), słonie morskie i rożne inne stworzenia :). Dzięki Polakowi spotkanemu w restauracji, którą po wielu trudnościach udało sie nam w końcu znaleźć, trafiliśmy też na dość przyjemną, piaszczystą plażę. My wprawdzie nie pływalismy ale pływało stado delfinów..
Jednym słowem - urlop :).






Wieczorem jeszcze spacer po Carmen i 1,5h jazdy do SF. Jutro - do miasta, gdzie tramwaje jeżdżą z górki ;). Oby wielkie trzęsienie ziemi nie nastąpiło jutro..

piątek, 18 lipca 2014

Czas nad Ocean

17.07
Wczoraj musieliśmy wyjechać z Parku Sekwoi - nie dało sie znaleźć noclegu wewnątrz. Wylądowaliśmy jakieś 10 mil od północnego wjazdu do parku, w przydrożnym hoteliku, w środku niczego.. Gospodarze wyluzowani, atmosfera wyluzowana, słowem - najfajniesza kwatera jak do tej pory :). Lodówka pełna piwa, wszystko otwarte, gospodarze gdzieś pojechali - wakacje :). Rano Robert (gospodarz) serwował gofry, w ilościach nieograniczonych i , wyjątek w Stanach - dobrą kawę :).
Po śniadaniu wróciliśmy jeszcze do parku - pobyć z Sekwojami. Można np. sobie do takiej Sekwoi wejść :)


albo tylko popatrzeć z daleka..



Potem jeszcze próba kąpieli w jeziorze, w parku - niestety nieudana ;), i - czas na zachód. Późnym popołudniem dotarliśmy do Morro Bay - niby kurortu nad Pacyfikiem. Niby - bo co to za kurort gdzie wszystko zamykają o 21szej (z wyjątkiem jednej pizzerii i sklepu z alkoholem :) ).
Pozostało kontemplowanie nabrzeży portowych ;)



Druga, mało przyjemna niespodzianka, to temperatura. Ostatnio temperatury około dwudziestej sięgały 30 stopni Celsjusza. Dziś jest około 20-stu... Brr..
Jutro - widokowym higwayem, przez Big Sur, na przedmieścia SF..

czwartek, 17 lipca 2014

Gigantyczne sekwoje i niedźwiedzie..

16.07

Kalifornia w swojej południowo wschodniej części wyglada zupełnie inaczej niż stany, które odwiedzieliśmy do tej pory. Przez jakieś 100 mil jechaliśmy dziś przez sady i winnice. "Zielonosc" ciągnie się kilometrami - to ogromny kontrast do surowych terenów Utah czy Arizony. Klimat tez przyjemniejszy - jest mniej gorąco. Naszym celem były dziś Sekwoje - w parku narodowym, który jest im poświęcony. Te gigantyczne drzewa rosną w dość szczególnych warunkach - nie może być za gorąco ani za sucho, dlatego występują tylko na określonej wysokości, w górach, we wschodniej części Kaliforni. Ciekawą rolę w ich rozwoju stanowi ogień - dzięki niemu z szyszek wydostająca się nasiona, mogą one potem trafić na podatny/użyźniony grunt, w dodatku - oczyszczony z insektów i konkurentów do światła słonecznego.. W miejscu gdzie występują Sekwoje (dorastają do 100m wysokości i są masywniejsze od swoich kuzynów "Red Woods", które są z kolei nieco wyższe i występują bardziej na północy) pożary zdarzały się regularnie co 3-7 lat - widać to natychmiast po przyrostach tych długowiecznych drzew - przez kilka lat po pożarze przyrosty są o wiele intensywniejsze. Dziś pożary występują rzadziej, wiec dla dobra Sekwoi strażnicy robią to od czasu do czasu celowo i w sposób kontrolowany.
Nie ma co - potęga tych drzew i świadomość że żyją po kilka tysięcy lat budzą szacunek. Wystarczy podejść i dotknąć..





Spacerując wsród drzew i przejeżdzając z miejsca na miejsce, mieliśmy też okazję spotkać paru mieszkańców rezerwatu, m.in stworzenie podobne do świstaka:



,oraz matkę z dwoma małymi niedźwiadkami.. Najpierw (na szczęście widzieliśmy to z drogi - siedzac w samochodzie) pojawiły się dwa małe.. Było miło ;).. Jak za moment pojawiła sie niedźwiedzica padły szybko dwie konkurencyjne propozycje: "spadać, żeby nie drażnić" i "robić zdjęcia". Wygrała opcja druga, niestety niedźwiedzia rodzina nie chciała za bardzo pozować ;). Ale spotkanie było miłe, i trochę emocjonujące :). Z pewną taką niepewnością wychodziliśmy potem z auta..
Jutro - dokończymy zwiedzanie parku, a potem - na wybrzeże, w kierunku słynnej Hwy 1..

środa, 16 lipca 2014

Z Pustyni Życia do Doliny Śmierci

14 i 15.07
Trochę nam "zeszło" wieczorem w Vegas wiec dziś relacja z dwóch dni.. O Las Vegas wszyscy wiedzą wszystko więc nie ma co się rozwodzić nad szczegółami.. Ale co innego wiedzieć, a co innego - poczuć.. Każda podróż warta tysiąca ksiąg - tak jest i z tą. W LV nie da się nie grać.. Idziesz do windy w hotelu - musisz przejść wsród setek automatów, idziesz na śniadanie - podobnie. Okien i zegarów w kasynach nie ma, wiec nie wiesz która jest godzina. Miejscowi nazywają miasto "Sin City". Po tym co zobaczyłem na miejscu wydaje się to niewinną wymówką. Grzeszyć wszak można wszędzie ;), ale taka ogromna ssawa do wyciągania od ludzi pieniędzy jest chyba tylko tam. A konkurencja w tym względzie jest ogromna - właściciele kasyn i centrów handlowych (imho - raczej w odwrotnej kolejności) osiągneli w tym absolutne szczyty.. Pływanie gondolą napędzaną przez gondoliera/gondolierkę o wspaniałym operowym głosie (wszyscy takie mają !), po centrum handlowym, po kanale-replice Wenecji, wszystko pod dachem, a właściwie - od sufitem z wymalowanymi chmurami uważam za przekraczające wyobraźnię (lub zdrowy rozsądek, jak kto woli).


Jakby tego było mało - kolację można zjeść w ogródku restauracji na placu św.Marka - oczywiście też pod sufitem z wymalowanymi chmurami i w towarzystwie "ensamblu" wyspiewujacego O Sole Mio..




To tylko opis wnętrza "Palazzo" - jednego z dziesiątek takich przybytków w LV. Czasu nie starczyło na wiele - aż boję sie pomyśleć co jest wnętrzu Cezar Pałace, Circus Circus, Luxoru czy całej masy innych. Włóczyliśmy sie do późna po słynnym Stripie, wsród setek "naganiaczy", wodospadow świateł, pokazów, np. imitacji wybuchu wulkanu,



imitacji znanych obiektów



czy słynnej fontanny , która co pietnascie minut wystrzeliwuje w górę w rytm innej melodii



Rozumiem teraz lepiej czemu R.Waters nagrał płytę Amused To Death.. Pakujemy w to wszystko jako ludzie mnóstwo energii i forsy. Jedni poświęcają mnóstwo ze swojego życia na to, żeby było ich stać pojawić sie w takim miejscu, inni - popełnią każdy absurd, jeśli tylko służy to skutecznemu wyssaniu tego co zarobili Ci pierwsi.. Napić się i porządnie zabawić można w Sopocie - nie potrzeba do tego repliki sfinksa w skali 1:2.. A jednak.. W sumie to budujące - skoro jako ludzie uznajemy za stosowne popełniać takie megakicze to chyba przetrwamy każdą zawieruchę. Stać na wszystko.
Rano zrobiło nam się późne.. Próbowaliśmy wyjechać z miasta przed południem, ale po 1-sze: trzeba było jeszcze zagrać ;), po drugie - ustawić sie w kolejce do zdjęcia pod słynnym znakiem powitania w LV, na szczęście czekanie zeszło w dobrym towarzystwie :) :



,po trzecie - zjeść wreszcie śniadanie :).
Skończyło się tym, ze w drogę do Death Valley ruszyliśmy zaraz po południu. Z pustyni tętniącej życiem (po zmroku, jak to na pustyni ;) ), przemiścilismy się przez coraz bardziej surowy krajobraz, w którym istotną rolę odgrywa Joshua Tree



do miejsca, gdzie już żadne życie "nie daje rady".




Na własnej skórze przekonaliśmy się czemu. Największa depresja w Stanach (wg niektórych - na półkuli zachodniej), wzgórza o wdzięcznych nazwach: "Pogrzebowe Góry, Piekielne Wrota, Wzgórze Trumien", czy miejsce gdzie diabeł gra w golfa (zdjęcie wyżej) - przeawiają do wyobraźni. My mogliśmy poczuć to w sensie dosłownym na własnej skórze. Mimo dość późnej godziny, temperatura sięgała 48 stopni w cieniu (118 F - życiowy "rekord" ;) ) - to naprawdę może boleć. Nie udało sie (znów ;) ) zajrzeć wszędzie, ale i te parę godzin wystarczyło żeby lepiej zrozumieć.. To absolutne pustkowie potrafi być naprawdę groźne ( kilka dni temu w pobliżu tzw. Zabriskie Point:



, znaleziono martwego jednego z amerykańskich aktorów grającego m.in. w ekranizacji Harrego Pottera), ale potrafi tez być nieoczekiwanie naprawdę piękne:









Trochę żałuję, ze oprócz słynnego Badwater, czyli najniższego miejsca w dolinie -86m)



udało sie odwiedzić jeszcze tylko kilka innych miejsc. Z drugiej strony, mimo zachowania dużej ostrożności, nasze organizmy wyraźnie odczuły w jak niesprzyjających środowisku przebywaliśmy.. Nie wyobrażam sobie jak za tydzień może tam odbyć sie megamaraton - do przebiegnięcia ponad 200 km z Badwater na najwyższy w okolicy Telescope Peak (grubo ponad 2000 mnpm, plus te 86 depresji), ktory widać z dna doliny.. Normalny człowiek po przejściu kilku metrów pod górę czuje tam ogień w płucach, a Ci ludzie specjalnie wybierją lipiec, żeby było jak najtrudniej.. Jak dla mnie - było wystarczająco trudno i bez biegania :). Pojęcie "surowe piękno" nabrało dla mnie realnego znaczenia. Naprawdę surowe, naprawdę piękno.
Wieczorem czekała nas jeszcze emocjonująca droga przez góry. W krótkim czasie trzeba było sie wspiąć z dna doliny na wysokość około 1,5km, by potem znowu zjechać kilometr w dół , a następnie.. kilometr w górę. Wszystko w otoczeniu szaro/czarnych gór, wysokiej temperaturze i w zapadajacym zmroku. W innych okolicznościach czułbym sie podekscytowany, dziś - w duchu "zachęcałem" naszego Cheviego żeby sie nie ze.., popsuł. Bez zapasu wody w odległości godziny od najbliższej siedziby ludzkiej, w nocy... Nie byłoby ciekawie. Na szczęście około 23 udało sie znaleźć nocleg "gdzieś w Kalifornii"
Jutro - sekwoje :).