poniedziałek, 7 lipca 2014

Wielki Kanion jest naprawdę.. wielki.

06.07

Dosłownie i w przenośni.. Z atrakcjami, które są tak rozreklamowane i powszechnie znane często niestety bywa krucho - łatwo o rozczarowanie. Trochę sie tego bałem - po obejrzeniu tylu zdjęć co mogłoby mnie tu zaskoczyć ? Okazuje się że wszystko..
Po godzinnej podróży przez wypalony słońcem las i prerię, po baaardzo rozległej i płaskiej równinie (na poziomie ponad 2tys. metrów), i zaparkowaniu samochodu człowiek udaje sie spokojnym krokiem w kierunku krawędzi.. Muszę powiedzieć ze odczuwałem spore emocje.. Hmm.. w tym wieku i po odwiedzenia tylu rożnych miejsc.. ? A jednak. Po chwili przekonałem sie ze to emocje całkowicie uzasadnione. Nic nie odda tego zaskoczenia i wrażenia, przy pierwszej myśli: "kurnaś, to jest naprawdę cholernie głęboka dziura". Kanion po prostu zionie otchłanią. W dodatku ta cisza.. Pierwsze wrażenie i pierwsze spojrzenie skłaniają do stwierdzenia: to naprawdę jeden z piękniejszych widoków jakie w życiu widziałem.. Pozostawało tylko "chłonąć":







W parku spędziliśmy kilka godzin. Oprócz centralnego "Mother View" , przejechaliśmy jeszcze na "Grand View" i "Desert View". Miejsc widokowych jest wiele więcej, ale i te pozwalają się nasycić. Kolejna rzecz, która na pewno utkwi w pamięci..
Po drodze dalej - mała przygoda: mój ulubiony aparat fotograficzny został w przydrożnej restauracji. Z dużą częścią zdjeć z Kanionu.. Zorientowałem sie mniej więcej po 40 km. Powrót, ponad godzina stracona - aparat na szczęście nie. Uff..
Wieczór - w Page. Hotel udało sie znaleźć szybko, starczyło wiec czasu na wizytę w Wolmart'cie. Jak Ameryka to Ameryka :).
Ale zanim zakupy - była jeszcze wisienka na torcie - Horseshoe Bend. Jeśli to miejsce nie jest na liście siedmiu cudów swiata to należałoby sie zastanowić nad jej przeredagowaniem...



W Page zostajemy na 2 noce - jutro Kanion Antylopy.. Juz czuję dreszczyk :).
Tylko cholera już miejsca w IPadzie brakuje na backupy zdjęć..

Pan Bóg stworzył Wielki Canion, ale zamieszkał w Sedonie..

To powtarzane w przwodnikach stwierdzenie zdaje sie znajdować potwierdzenie w rzeczywistości.. Bajkowe otoczenie sprawia, że teraz nie dziwię się czemu tak wielu sławnych i bogatych ludzi ma tu swoje rezydencje. To co daje sie zaobserwować na 1szy rzut oka to fakt, ze mimo swoich rozmiarów doskonale zostały wkomponowaną w otoczenie..
Ranek rozpoczął sie od gorączkowych poszukiwań telefonu - całą noc przespałem w przeświadczeniu że został w sklepie poprzedniego wieczoru - jakieś 15km od hotelu. Już prawie wsiadłem do samochodu... na szczęście młode oczy Agnieszki wypatrzyly go pod łóżkiem.. Kupa kłopotów zaoszczędzona :).
Potem było już słonecznie i kolorowo:






Miasto jest wyjątkowe jeszcze z jednego powodu.. Okazuje sie ze mieszkańcy mają tak dużą siłę przekonywania że udało im sie "namówić" McDonaldsa, żeby miejscowy bar tej sieci jako jedyny na świecie miał logo w kolorze "niefirmowym". Sprawdziliśmy - i rzeczywiście, jest zielone ;):



Po południu przejazd do Wiliams - "bazy wypadkowej do Grand Canyon'u. Tym razem obyło sie bez burzy.. do czasu ;). Kolację rozpoczęliśmy przy stole na zewnątrz restauracji, skończyliśmy przezornie chowajac się przed ulewą.. Na kolacje miały być, 1szy raz w trakcie naszego pobytu steki, i były.. Niestety zimne :( i po godzinnym oczekiwaniu.. Jak widać - popsuć można wszystko, nawet steka w Stanach.Szkoda gadać..
Nasz motel znajdował sie przy starym odcinku kultowej Route 66 - daje sie to zauważyć na każdym kroku:



Dziś odkryliśmy ( ;) ) jedną bardzo fajną cechę amerykańskich moteli - maszyny do lodu do dyspozycji gości :). Przy upałach odchodzących do 40+ stopni to bardzo cieszy :)..

Najstarsze Rodeo w Stanach..

..odbywa się w Prescott, w stanie Arizona, od 1888 roku. Nam udało sie trafić na show pokazywany w dniu święta narodowego Amerykanów, czyli dziś :). To jedno z tych kategorii wydarzeń dla których jeden obraz przemawia bardziej niż tysiąc słów więc pozwolę przemówić obrazom ;). Było wszystko, co może nam sie z Rodeo kojarzyć. Było kolorowo, wesoło, emocjonująco i patriotycznie. Amerykanie nie przepuszczą żadnej okazji żeby nie podkreślić jak wielkim są narodem, wzmacniając tym poczucie siły i dumy u współobywateli.. Jest to jedna z tych rzeczy, których na pewno możemy sie od nich uczyć..
Ale zanim trafiliśmy na Rodeo były jeszcze pogawędki z właścicielami hotelu - Andrzejem i Marią. Opowiadali nam sporo o życiu w Stanach, zebraliśmy tez trochę informacji.. Okazuje się ze Arizona ma sporo do zaoferowania oprócz pustkowia i ekstremalnych temperatur. Najbardziej spodobała mi się możliwość jazdy na nartach wsród kilkumetrowych zasp śnieżnych by dwie godziny potem zajadać się świeżo zerwanymi pomaranczami.. ;)
Wracając do Rodeo - było po kolei - ujeżdżanie mustangów:




, krepowanie małego bryczka w pojedynkę:



, i w parach


,wyścigi młodych cowgirls:



i wreszcie - ujeżdżanie ogromnego byka:





Zdarzało sie też ze byk pogonił jeźdźca:



, było coś dla męskiego oka, ale było też i coś z oka przymrużeniem ;) :




Wieczorem, już tradycyjnie w burzy, przemieścilismy sie do Sedony..

piątek, 4 lipca 2014

1szy dzień w Arizonie..

..zaczął się upałem 117 stopni ( tym razem - nie Celsjusza..). Zdaje się ze to coś w okolicach 45 stopni na naszej skali. Na najbliższe dwa tygodnie zostaliśmy oznaczeni charakterystyczną tablicą :) :




Po dwóch godzinach podróży - najpierw w skwarze, potem - w burzy, wylądowaliśmy w motelu prowadzonym przez dwoje Polaków, w górskiej miejscowości Prescott gdzie odbywa sie najstarsze rodeo swiata.



Wieczorem krótka wizyta na balu cowboya. Trzeba powiedzieć, że młodzi Amerykanie są dość autentyczni w zabawie przy muzyce Country - wyglądali na bardzo "zaangażowanych." Chłopcy - obowiązkowo koszule w kratę i kapelusze, dziewczyny - sukienki mini i skórzane buty do połowy łydek. I charakterystyczny krok - ten sam w każdej melodii, zmienia się tylko tempo: dwa do przodu, jeden do tylu, dwa do przodu, jeden do tylu ;).
Przesunięcie czasu wynosi tu +9h, więc po powrocie padłem nieprzytomny..

czwartek, 3 lipca 2014

O amerykańskich upałach i amerykańskiej organizacji..

02.07

Ale zanim o tym co w tytule, to jeszcze o:
1. Nowym Jorku, który 1szy raz widziałem latem i nie w weekend..
Jedno z dzieci spytało mnie czy w tym miejscie mieszkają biali ludzie. Rzeczywiście momentami można mieć wątpliwości.. Jedno jest pewne - wszystkie rasy reprezentowane są na ulicach "godnie". Może z wyjątkiem Eskimosów, którzy nawet rankiem nie przemykali opłotkami. Tylko czy Eskimosi to rasa? Hmm.. Czemu przychodzą na myśl Eskimosi kiedy na zewnątrz prawie 40 stopni w cieniu? Tak czy inaczej ten letni NY wygląda jeszcze inaczej - ruch jeszcze większy, jest jeszcze bardziej kolorowo i głośno.. Dwudniowy obchód skończył sie na Times Square, oczywiście - w nocy. Ściany swiatła przewracają się na człowieka z wszystkich stron..



Patrząc na to nie może nie przyjść do głowy pytanie: "po co to wszystko"? Naprawdę bez tego megatargowiska próżności nie możemy jako rasa istnieć? Czy życie człowieka jest gorsze jeżeli nie zobaczy wnętrza sklepu na 5tej Alei, gdzie wszystkie ściany wytapetowane są.. butami, w dodatku - całymi białymi?



Jak smutne jest życie chinskich robotników którzy zaczynają dzień o siódmej rano rozładowując owoce na straganie a kończą koło północy sprzątając ulicę.., bardzo brudną.. Jak tragiczne jest życie faceta ukladajacego się wieczorem do snu dwie przecznice od naszego hotelu, wprost na chodniku? Kto naprawdę potrzebuje świetlnego ekranu, wysokiego na 100 metrow?



Patrząc na to wszystko w odstępie piętnastu minut nie sposób tego nie zapamiętać. Miasto jak wielki wyrzut sumienia "zwykłego człowieka".
A musicall na Brodway'u musi poczekać na inną okazję.. Znów.. Następnym razem przyjadę tu chyba tylko po to.. Chciałbym móc to sobie obiecać.

2. Six Flags - parku, który znajduje sie trochę ponad godzinę od NY, a którego atrakcją jest najwyższy na świecie rollercoaster. Pojechaliśmy, obejrzeliśmy, nie zjechaliśmy. Zamknięte, bo trwają ostatnie testy najwyższej na świecie wieży swobodnego spadania, która ma być otwarta 4.07, czyli - pojutrze. Zbudowana na tej samej konstrukcji. Ponad 100m lotu. Niestety - wczoraj ani zjazdu ani lotu.. Krzys zawiedziony.. :(. Na szczęście park oferuje mnóstwo innych kolejek - do wyboru: bardzo wysokich i bardzo szybkich..
Dzień skończył się burzą, wiec powrót w ulewie. A ja pierwszy raz w życiu za kierownicą auta z automatem, na siedmiopasmowej autostradzie i na jet lagu.. Zastanawiałem sie jadąc co powodowało u mnie większe emocje - te kolejki czy taka jazda..
A tak w ogóle to są rzeczy, które powodują teraz jeszcze większe emocje, ale to raczej nie na blog..

Wracając do upałów - to spore wyzwanie teraz. Nie spodziewałem się aż takiego gorąca.. Przez ostanie 3 dni wypiłem więcej płynów niż w poprzedzający miesiąc. A piszę to w samolocie do Phoenix, gdzie prognozy na najbliższe dni przewidują 41-43 stopni. Celsjusza ;). W cieniu.. W ogóle - same ekstrema dziś. Rano przy śniadaniu pokazywali w TV huragan Artur na południe od nas i ulewne deszcze na północ. Ewakuują gdzieś ludzi w obawie przed powodzią. A na Brooklyn Bridge'u zawaliła sie wczoraj kładka dla pieszych. Kilka osób rannych. Dobrze, że byliśmy tam 3 dni temu.. Uciekamy od jednych ekstrmów w drugie.. Trochę jak w życiu..

Amerykańska organizacja to z kolei temat dnia na lotnisku w Newark. Po prawie dwóch godzinach czekania w kolejce do odprawy linii AA (3 okienka czynne na jakieś 200 osób - skąd my to znamy..?) okazało się, że jednak nie zdążą, wiec trzeba było zacząć myśleć.. Dopiero wtedy zaczęli odprawiać wg kolejności odlotów. Jeśli to wydaje się zbyt "mało skomplikowane" (choć inni jakoś sobie radzą..) to przy wpuszczaniu na pokład AA stosuje nowatorską metodę dzielenia pasażerów na numerowane grupy. Intencja niby dobra - wpuszczają nie wszystkich od razu. Ale jak oni to robią, że dzięki temu tworzy się kolejka wkurzonych ludzi długa na cały rękaw - nie wiem. I pewnie się nie dowiem bo nieprędko tą linią polecę. Wisienką na torcie w tym wszystkim była zdenerwowana stewardessa w drzwiach samolotu, która ze zniecierpliwieniem wysyczała do nobliwego żyda w wielkim kapeluszu, który koniecznie chciał sie dowiedzieć czemu do cholery nie można zapakować jego bagażu podrecznego: "why everbody is arguing with me?". Guess why my dear.. Oj coś czuję, że to bardzo dotowana linia.. Na szczęście za 3 tyg. wracamy Virgin..
A póki co - czas na rodeo..

środa, 2 lipca 2014

Nowy Jork

Dwa dni "ciężkiego łażenia" minęło.. Ranki zaczynały się zakupami we włoskim sklepie obok hotelu. Hotel położony jest na granicy dzielnicy włoskiej i chińskiej, w otoczeniu zdecydowanie przeważają Chińczycy ale sklepik ma włoskich właścicieli. O poranku nie wyglada może zbyt zachęcająco ale atmosfera w środku panuje przyjazna. Sprzedawca z góry wie komu zapakować piwo prosto w papierową torebkę..

Po śniadaniu - w miasto. 1 szy dzień - Dolny Manhattan, od mostu Brooklynskiego po Greenich Village, po drodze między innymi kościółek św Pawła przy WTC i wszystko co po drodze. Na zmianę - zwiedzanie miasta i okolicznych sklepów :).







Nie obyło się bez wiewiórek oczywiście - najpopularniejszego zwierzęcia swiata.. I baaardzo sympatycznego :).



Wieczorem - włóczęga po skwerach Dolnego Manhattanu i załukach West Village. Drugiego dnia - poranek w Central Parku a potem - "wąwozy" Górnego Manhattanu.. Na zdjęciu poniżej pozuję na leżąco..





Miasto pulsuje jak zwykle. Tysiące turystów miesza się z tysiącami miejscowych. Niestety jest bardzo gorąco co wycieńcza do reszty.



Miejscowi oczywiście nie zawodzą - można to miasto "czytać" na tysiąc sposobów, i za każdym razem inaczej.. A będąc Nowojorczykiem - można czytać nawet wieczorem na spacerze..



Dzień kończy się wsród neonów Time Square. Jestem tak wykończony ze nie mam siły myśleć, wiec dziś jeszcze tylko kilka fotek.





Jutro - rano na Newark a potem 6 Flags w Jackson. Będzie trochę zjeżdżania.. ;)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

W drodze do Newark

29.06.2014
Tak gdzieś nad Dublinem dopiero zaczęło to do mnie docierać.. Nie bez udziału muzyki z dopiero co wydanej "X" Ed'a Sheeran'a, sączącej się w słuchawkach i kilku plastikowych szklaneczek "White wine" serwowanych przez stewarda Lufthansy (biały zegareczek - mmm.. ). Przez dwa dni, od piątku, to było jeszcze kompletnie nierzeczywiste.. Nie zauważyłem do teraz.. Zaczynam właśnie 3,5 tygodniowy urlop - tak "znienacka", po jednym z trudniejszych/bardziej męczących okresów w firmie.. I równie ciekawym czekającymi mnie po powrocie.. Oby ;). Kierunek - Newark. Wieczorem - hotelik na obrzeżach China Town i Little Italy. Ma być bardzo ciepło więc może jakaś knajpka ze stolikami na zewnątrz.. Pierwszy raz jadę do US jako turysta. Przyjrzeć się i trochę zrozumieć jak w ciagu stu pięćdziesięciu lat, praktycznie z niczego, powstało najpotężniejsze Państwo Świata. Kraj, który dla mnie jest jednym, wielkim synonimem słowa "zmiana".. Popatrzeć na ludzi, kim są dziś potomkowie Astorów, Rockefellera, Edisona i Sitting Bull'a, podejrzeć "cuda", które mają na wyciągnięcie ręki.Poczuć.. Wszystko przede mną. Na razie -"I See Fire".. Koniak spływa ciepłem do żołądka.. i tylko to dziś jest ważne :)..

Location:Forsyth St,New York,Stany Zjednoczone Ameryki