Nocleg z małymi przygodami: wieczorem jakoś tak bardzo głośno zaczęło działać ogrzewanie, więc je... wyłączyliśmy. W końcu gazowe jest, a jak coś nie tak z gazem - wiadomo.. ;). W efekcie - rano w kamperze było 6 stopni.. Kołdrę na szczęście mamy zimową więc spać się dało, ale robienie śniadania w tych okolicznościach - brr.. Potem, jak wyszedłem na zewnątrz to usłyszałem, że nasza głośna praca to nic w porównaniu z innymi kamperami z sąsiedztwa... Zdaje się, że to po prostu nawiew próbował "dać radę" w temperaturze poniżej zera, a ja mu nie zaufałem. Kamperowi neofici, ech.. Potem przygód ciąg dalszy: autobus z miejsca gdzie nocujemy miał nad zawieźć na 2300 npm, gdzie zaczyna się runda wokół Trzech Szczytów, ale okazało się po kilku minutach, że Strada Ciusa, czy jakoś tak. Sznur samochodów musiał czekać aż pojawi się piaskarka bo droga oblodzona.. Dla nas to dodatkowe 550m w pionie, nie planowane. Czego się nie robi dla zdrowia.. Nie pozostało nic innego tylko plecaki w dłoń.. Najpierw do schroniska (strudel jabłkowy + herbatka 🙂), potem - wokół słynnej grupy skalnej. Do południa - widoki z gatunku zapierających. Po południu - zmaganie się z oblodzonym szlakiem. Na szczęście obeszło się bez upadków. Tzn. do czasu.. - wejście na przystanek autobusu miałem efektowne. Ułamek sekundy, kawałek lodu na asfalcie i.. nogi w powietrzu.. Na szczęście w plecaku same miękkie rzeczy, więc lądowanie było równie miękkie jak spektakularne. Fotografa przy tym niestety nie było.., ale był na szczęście w trakcie wycieczki.. Tyle przygód na dziś. Jutro - pranie w Cortinie..
niedziela, 27 września 2020
sobota, 26 września 2020
Śnieg nad Lago di Braies
W piątek przechodził głęboki front. Padało cały dzień i całą noc. Powyżej 1,5 km npm - śnieg, bo temperatura gwałtownie spadła. 3 dni temu żałowaliśmy, że na wycieczkę rowerową nie wzięliśmy kąpielówek - było 27 stopni. Dziś - ogrzewanie kampera chodzi pełną parą. Nasz dzisiejszy cel to Lago di Braies, jedno z najpiękniejszych jezior w Dolomitach. Trochę podobne do Morskiego Oka, tylko kolor wody trochę inny ;) . W ciągu dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę jednym ze szlaków odchodzących na południowy wschód od jeziora, na zasadzie: dokąd dojdziemy to będzie dobrze.. I było dobrze :). Powyżej 1700 m leżał śnieg. Spokój, czyste powietrze, temperatura 3-4 stopnie na oko. Żyć nie umierać 🙂.
Nocleg nad Jeziorem Misurina, na parkingu dla kamperów. Stąd najbliżej do Tre Cimes, perły Dolomitów..
piątek, 25 września 2020
Przystanek Mallnitz
Po intensywnym dniu w górach - w czwartek dla odmiany dzień spokojniejszy. Na przystanek w drodze w Dolomity wybraliśmy Mallnitz - jedną z "pereł alpejskich", wg strony o takim właśnie tytule. To mini kurort, położony w Wysokich Taurach, o tej porze roku kompletnie pusty. Zimą niewielki ośrodek narciarski z wyciągami kończącymi się ponad 3km npm. Zrobiliśmy sobie 10 kilometrową wycieczkę na rowerze, a potem jeszcze 3-4km spaceru. Widoki, spokój, ciągle jeszcze dobra pogoda. Chwilę emocji przeżyliśmy na mostku gdzie stanęliśmy oko w oko z przedstawicielami miejscowej fauny..
Camping - tak jak pisałem - jest tu absolutnie topowy - łącznie z łazienkami dla psów :)
W piątek zapowiadany był pogodowy Armageddon, więc wykorzystaliśmy dzień na przemieszczenie się do Tobiacco - na pięknie położony camping nad jeziorem o tej samej nazwie. To nasza brama w Dolomity.. Jutro pogoda na być trochę lepsza więc się powłóczymy po okolicy..
środa, 23 września 2020
Koziorożce i świstaki
Koziorożców w Alpach żyje pewnie całkiem sporo. Jest takie miejsce niedaleko Trofaiach, gdzie ponad trzydzieści lat temu spotkaliśmy kilka. Dziś postanowiliśmy zajrzeć tam znowu. Rozległa przełęcz, trudne dojście, ogromny, osłonięty teren.. Do przejścia ponad 1200 m przewyższenia. Pogoda była niepewna, od dwunastej trzydzieści były zapowiadane burze, więc nie nastawialiśmy się na długi pobyt. Wyszliśmy o świcie. „Z tyłu głowy" nie wierzyłem, że damy radę zrobić taką trasę. A jednak.. Pogoda wytrzymała, widoki po drodze momentami oszałamiające, przy szlaku sporo kozic i koziorożców, a u góry - nagroda dnia: spokojnie pasące się stado czterdziestu koziorożców. Wszystkie samce. Ledwo, się tam dowlekliśmy, ale kilkadziesiąt minut na przełęczy - czysta przyjemność..
Po południu transfer do Mallnitz, jednej z "Alpejskich Pereł". Na razie widoki mamy całkiem niezłe, a camping - absolutny top..
Zdaje się że teraz trochę poleniuchujemy..
wtorek, 22 września 2020
Purbach - podróż sentymentalna..
Zasypiamy dziś na parkingu, na początku drogi na górę, którą zdobyliśmy 33 lata temu, w środku niczego.. Okolice Leoben w Karyntii. Jest mam ciepło, jedliśmy dobrą kolację, natrysk wzięty, piliśmy lokalne wino, wcześniej dobry obiad, za oknem pada... Kamper rulez :). Dzień spędziliśmy na północym brzegu Jeziora Nezyderskiego - ogromnego i bardzo płytkiego zbiornika wodnego na granicy Austrii i Węgier. Północny brzeg to ciągnące się wiele kilometrów trzcinowiska, graniczące z łagodnymi zboczami pokrytymi winnicami i sadami czereśniowymi. Czereśnie się skończyły dawno, ale tak się akurat składa, że zaczęło się winobranie :). Sama słodycz.. 35 km na rowerach, w pięknym słońcu, wśród trzcinowisk, winnic i małych miasteczek po drodze. Odwiedziliśmy też super wyposażony ośrodek nad brzegiem: plaże, pomosty, knajpy.. Wciąż jesteśmy w Polsce trochę z tyłu jeśli chodzi o poziom infrastruktury..
Plan na jutro - iść w górę. Do przejścia jest ponad 1300m w pionie, ale prognozy są raczej fatalne, więc trzeba będzie pewnie wrócić wcześniej. Się zobaczy, chcemy wyruszyć przed wschodem słońca..
niedziela, 20 września 2020
Sobota/Niedziela 19/20.09, Covid Dolomity Tour 2020
Tak przynajmniej wygląda w zamierzeniach, ale czym się to skończy... Cały wyjazd jest eksperymentalny - termin, forma, miejsce, organizacja "last minute", no i otoczenie covidovo-zewnętrzne, które w dodatku w każdej chwili może się zmienić. No ale jaki lepszy pretekst znajdziemy żeby przetestować czy pasuje mam podróż kamperem ? Na początek na własnej skórze doświadczamy tego o czym piszą w poradnikach "dla tych co pierwszy raz": pakowanie kampera trwa dłużej niż przy klasycznym wyjeździe.. Przyprowadziłem naszą Adrię w piątek wieczorem. Myśleliśmy: spokojnie się rano załadujemy i przed południem, no góra w południe - wyjedziemy. Wyjechaliśmy po piętnastej, i to przy sporej mobilizacji. Znaczy - wypaliła 1/3 planu.. No, że w ogóle wyjechaliśmy..
7 i pół metrowa "półintegra" prowadzi się jak autobus, takie jest przynajmniej pierwsze wrażenie. Trzeba uważać, bo tył zachodzi przy skręcie..
Do wieczora udało nam się dojechać do Łodzi.. Pierwszy nocleg - "z marszu", na parkingu przy autostradzie. No przecież my, starzy kamperowcy, nie będziemy marudzić... W końcu mamy zapas energii i żarcia na kilka dni.. Trochę pechowo wybraliśmy chyba najbardziej zatłoczony parking w Polsce Centralnej, ale wiadomo - my kamperowcy..
Zastanawiałem się kiedyś co taki biedny kierowca Tira robi w te długie, samotne wieczory. Teraz już wiem - co jakiś czas włącza silnik, na jakąś godzinę.. Widać chłop lubi... W sumie - nie licząc tego ryku silników i rżenia koni - to był nawet dość spokojny nocleg. A jakby się ktoś zastanawiał do czego kierowcy tirów wykorzystują te kilkunastometrowe naczepy to zdjęcie poniżej wiele wyjaśnia..
Wieczorem - pierwsza kolacja na własnych, "mobilnych śmieciach", plus lody z pobliskiego Maca. Zaczyna mi się podobać to nomadzie życie..
W niedzielę - kierunek południe. Zrezygnowaliśmy ze wcześniejszego pomysłu odwiedzenia gorących źródeł na Morawach (niby wirus nie lubi gorąca, ale kto go tam wie..) uświadamiając sobie w międzyczasie, że żadne z nas nie było o własnych siłach na Szyndzielni. Skoro tak.. No i trening przed Dolomitami się przyda.. 3godzinny spacer, 550 metrów przewyższenia, piękna pogoda - dobrze spędzone popołudnie.
Dzisiejszy nocleg to camping Ondraszek na przedmieściach Bielska Białej. Rano - kierunek Purbach. Podróż sentymentalna będzie jutro. Ci bardzo wtajemniczeni może wiedzą o co chodzi..
czwartek, 4 lipca 2019
Z Nevady do Kalifornii - szlakiem kontrastów
Wczoraj wieczorem i dziś od rana pojechaliśmy Dolinę Śmierci od wschodu a potem od północy. Oprócz tego dzikiego miejsca Nevada kojarzyła mi się jeszcze z Vegas. A poza tym - pustynie, pustynie, pustynie. I tajemnicze instalacje wojskowe. Spodziewałem się więc dość monotonnego dnia i dużej ilości piachu.. Tymczasem zaczęło się od przepięknej kotliny wypełnionej Joshua Trees aż po horyzont, otoczonej że wszystkich stron górami.
Krajobraz surowy ale z przewagą zielonego. Potem.. - pastwiska i zwierzęta. I zbiorniki wody - jeziorka i kanały ( chyba) nawadniające. I mnóstwo ptaków zrywających się wprost pod koła samochodu ( dwa trafione na pewno niestety - starłem ślady z maski..). W pustynnej Nevadzie.. Potem wspinaczka na przedgórze wschodniej Sierry z pięknymi skałami. Przystanek nad turkusowym jeziorem Mono z wulkanicznymi tufami (d...y nie urywa, ale miejsce urocze :) ) i ostatnie hamburgery w tej podróży.
Następnie - przepaście drogi na przełęcz Tiago - najwyższy punkt naszej podróży ( ca 3000 mnpm), a potem łagodne, niekończące się serpentyny wśród surowych, zbitych granitów Half Dome i innych olbrzymów Yosemitee.
Wszystko w jeden dzień. A miał być tylko dojazd w pobliże lotniska. Ostatecznie wylądowaliśmy 2.5h od San Francisko. Ameryka już cała udekorowan na jutrzejsze święto, a my - spakowani. Jutro na lotnisku odbędzie się jak zwykle "rytualne" ważenie - zobaczymy czy będzie jeszcze jeden problem do rozwiązania. Na moje oko - jesteśmy na styk z wagą. Trochę nam się sztuki nie zgadzają, ale będziemy jutro trochę blondynkami - może się nie czepią. Potem jeszcze tylko 20h podróży i - witajcie stare kłopoty :).
Krajobraz surowy ale z przewagą zielonego. Potem.. - pastwiska i zwierzęta. I zbiorniki wody - jeziorka i kanały ( chyba) nawadniające. I mnóstwo ptaków zrywających się wprost pod koła samochodu ( dwa trafione na pewno niestety - starłem ślady z maski..). W pustynnej Nevadzie.. Potem wspinaczka na przedgórze wschodniej Sierry z pięknymi skałami. Przystanek nad turkusowym jeziorem Mono z wulkanicznymi tufami (d...y nie urywa, ale miejsce urocze :) ) i ostatnie hamburgery w tej podróży.
Następnie - przepaście drogi na przełęcz Tiago - najwyższy punkt naszej podróży ( ca 3000 mnpm), a potem łagodne, niekończące się serpentyny wśród surowych, zbitych granitów Half Dome i innych olbrzymów Yosemitee.
Wszystko w jeden dzień. A miał być tylko dojazd w pobliże lotniska. Ostatecznie wylądowaliśmy 2.5h od San Francisko. Ameryka już cała udekorowan na jutrzejsze święto, a my - spakowani. Jutro na lotnisku odbędzie się jak zwykle "rytualne" ważenie - zobaczymy czy będzie jeszcze jeden problem do rozwiązania. Na moje oko - jesteśmy na styk z wagą. Trochę nam się sztuki nie zgadzają, ale będziemy jutro trochę blondynkami - może się nie czepią. Potem jeszcze tylko 20h podróży i - witajcie stare kłopoty :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































