niedziela, 29 kwietnia 2018

29.04 Dwa w jednym czyli Islandia Wschodnia

Atrakcje dnia dzisiejszego przewidziane były w zasadzie jako "opcjonalne", ale na szczęście mamy trochę "zapasu". Wczorajsza, popołudniowa podróż trochę nas zmęczyła więc tym razem pobudka wg czasu miejscowego.. W końcu to urlop :). Nocowaliśmy w miasteczku obok jeziora Lagarfjot i dzień rozpoczął się od wycieczki jego północnym brzegiem w stronę, a jakże, ;) wodospadu. Tym razem - wiszącego, cokolwiek miało to oznaczać. Jezioro jest długie (na oko - około 30 km) i głębokie na ponad 100 metrów. Podobno mieszka w nim siostra słynnego potwora z Loch Ness, ale mimo intensywnego przywoływania nic się nie wynurzyło.. Pozostało skupić się na wodospadzie, a właściwie dwóch, położonych w odległości około kilometra, jeden na drugim, i nie wiadomo, który piękniejszy. 3 godziny pięknej wycieczki, w słońcu, w szumie, a momentami - w huku, wody.. Wodospady, mimo że blisko położone, to kompletnie różne od siebie, otoczone przez bardzo różnorodne formacje geologiczne: bazaltowe kolumny, "pofałdowane kamienie" zastygłe tysiące (?) lat temu, poprzedzielane czerwonymi warstwami ławy, która się utleniła. Wycieczka zdecydowanie nie opcjonalna.




Popołudnie to najpierw spacer po Seyðisfjörður, miasteczku oddzielonym od reszty lądu pasmem gór o charakterze alpejskim, pokrytym całkowicie śniegiem. Mijaliśmy nawet ośrodek narciarski z czynnymi wyciągami (w zasadzie jednym chyba, ale długim.. ). Miasteczko podobno najładniejsze w tej części kraju, założone przez Norwegów. W porcie stał polski statek (Janus, z Gdyni, hmm..) , w knajpce obsłużył nas gość o mocno indyjskim wyglądzie, a port zajmowany był podobno kiedyś przez amerykańską bazę wojskową. Jednym słowem - międzynarodowo.. Miasteczko ładne, bardzo spokojne, z kolorowymi domkami, pomalowanym z gustem.. Miło. Po typowo islandzkim hamburgerze przemieściliśmy się wzdłuż wybrzeża w inne odludzie - ostoję ptactwa, na brzegu malowniczego fiordu.. Ostoja była, ptaków - nie za wiele, za to bardzo płochliwych. Na szczęście miejsce bardzo ładne - 2 godziny krótkiego trekkingu, w ciszy i z pięknymi widokami. 
Jutro - zmieniamy kierunek na zachodni..





28.04 Na krawędzi Ameryki i Eurazji

Większość dnia spędziliśmy właśnie tam - na granicy tych dwóch kontynentów. A dokładniej - na granicy dwóch płyt tektonicznych, które swoje nazwy wzięły właśnie od tych kontynentów. Najpierw jednak był godzinny przystanek przy Godafoss. Wodospady generalnie nie wzbudzją u mnie mocniejszego bicia serca ale wszak Islandia słynie z wodospadów więc ? Po sprawdzeniu na miejscu trzeba przyznać, że to sława uzasadniona..

Około siódmej rano nie było tam nikogo, tylko szum, kropelki wody w powietrzu i tony wody spadające z progu o szerokości około 100 metrow. Na zdjęciu niżej właściwy wodospad widoczny jest w rogu, u góry ;) :


Kolejnyprzystanek to juz jezioro Myvatn. To w tej okolicy nachodzą na siebie wspomniane wcześniej płyty, i widać to na rożne sposoby, właściwie wszędzie.. Najpierw odwiedziliśmy południową część jeziora z krajobrazem iście księżycowym. Można powiedzieć, ze w zasadzie dosłownie bo to tu właśnie ćwiczyli podobno amerykańscy astronauci przed lotem na księżyc:


Potem - pola kawowe, które wyglądały jak zastygłe piekło. Ogromne formacje zastygłej ławy, wsród których można kluczyć jak w diabelskim labiryncie.



Na koniec - rozległy obszar z gorącymi źródłami i wielkimi "garami" bulgocącego błota..


Po wszystkim była jeszcze wycieczka do cudownie turkusowego jeziora, która znajduje sie na dnie krateru, tyle że.. potrzeba było sporo wyobraźni bo jezioro w kraterze zamarzło i pokryte było
śniegiem..
Z kąpieli w gorących źródłach źródłach zrezygnowaliśmy, głownie ze względu na przejmujące zimno (około 1go stopnia i nieprzyjemny wiatr. W to miejsce starczyło czasu na spektakularny wodospad Dettifoss - tylko  stać i patrzyć. Jestem skłonny uwierzyć informacji z przewodnika, ze to wodospad o największym przepływie w Europie, choć szkoda, ze dzis tyle wody nie niósł..Na zdjęciu znajdujesz sie wprawdzie Selfoss, ktory znajduje sie około kilometra dalej - ale w końcu to ta sama rzeka :) 

Wieczorem było jeszcze do przejechania 160 km w okolice wschodniego wybrzeża - przejechaliśmy juz całą Islandię w poprzek :).






sobota, 28 kwietnia 2018

27.04 Foki i słonie - Islandia Północna

Słonie,  dokładnie jeden słoń, w dodatku nieżywy. Za to ogromny i piękny. Ale po kolei.
Pobudka przed szóstą - 2h przesunięcia czasu pomagają. Szybkie śniadanie i w drogę. Jest na tyle wcześnie ze mijane po drodze sklepy są pozamykane wiec musi nam starczyć pasztet ze śniadania i prasowane figi. Udaliśmy sie na północny wschód, najpierw tunelem pod fiordem, potem dalej drogą nr 1. Pogoda z gatunku niepewnych , czyli typowa dla Islandii. Potem okazało sie ze mieliśmy pełen przekrój: od słońca, przez mgłę i zachmurzenie, aż po deszcz i śnieg. Dobrze ze to nie rajd rowerowy ...
Na wysokości miasta Hvammastangi odbijamy na północ i postanawiamy objechać cały, rozpoczynający sie tu półwysep, wzdłuż wybrzeża. Wszystko pod wpływem baneru z zachętą do odwiedzenia "Seals Land'u". Dwa razy nie trzeba nam mowić.. Na początku było trochę watpliwosci czy warto ale.. tylko trochę. Droga szybko z asfaltowej zmieniła sie w szutrową i taka pozostała przez najbliższe kilkadziesiąt kilometrów.. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy sie zeby sie rozejrzeć, aż w końcu trafiliśmy na miejsca gdzie foki odpoczywały na przybrzeżnych skałach. Najpierw kilka sztuk, potem - kilkadziesiąt.. Udało sie podejść całkiem blisko i poprzyglądać sie tym uroczym stworzeniom. Widzielismy sporo młodych, w towarzystwie kilkorga starszych osobników. 



Potem droga prowadziła wzdłuż brzegu najpierw na północ potem - na polednie, w kierunku bardzo osobliwej formacji skalnej, zwanej słoniem. Kto podejdzie odpowiednio blisko zrozumie czemu.. Skała ta to jedna z tych atrakcji, które zyskują jak sie je zobaczy z bliska. Zdecydowanie warto. 



Zrobiło sie późne popołudnie, a my - potwornie głodni :). Życie uratował nam hamburger z baraniny, zjedzońy w okolicach siedemnastej. 
Na wieczór wylądowaliśmy w Akureyri, miasteczku bez szczególnego klimatu, 
za to z całą masą guesthause'ôw. Dobrze jest "zapaść" w głęboki materac. Jutro intensywny dzień, z kraterami w roli głównej..

piątek, 27 kwietnia 2018

26.04 Trzy godziny lotu z Gdańska - dlaczego nas tam jeszcze nie było ?

No właśnie - jeden z najpiękniejszych zakątków Europy (podobno), w zasięgu niezbyt długiego lotu, prosto z lotniska, które znajduje się tuż obok domu, a musiał czekać tak długo w kolejce. Ale się doczekał :). Ciekawość - to dominujące uczucie na 2h przed lądowaniem. Staram sie nie oczekiwać za dużo bo czasu mamy mało a prognozy pogody nie sprzyjają. Oby dało sie zobaczyć coś wiecej niz mgłę..Lądujemy po 18tej miejscowego czasu więc wieczór będzie raczej "techniczny". Trzeba kupić starter internetowy, wynająć auto, odszukać nocleg i co tam jeszcze.. Przelot niestety o "suchym pysku" - dziwne uczucie :). No ale jeszcze dzis trochę jazdy samochodem nas czeka. Może starczy chwili czasu na rzucenie okiem na Reykjavik nocą. Albo na wycieczkę po okolicy. Szanse na zobaczenie zorzy polarnej o tej porze roku - podobno 10%, przy założeniu że chmury nie przeszkadzają. A ma być pochmurno. Tu powinno być zdjęcie zorzy.. ale będzie pierwszy obrazek jeszcze z lotniska:




Nocujemy w Hafnarfjörður, zwanym miastem ławy. Rzeczywiscie wszystko tu jest z lawy: nabrzeże, parkingi, ogródki przydomowe.. Siedzimy na jednym wielkim wulkanie. W kranach swojski zapach zgniłojajecznosiarkowy. Znaczy wyspy nie pomyliliśmy.. Po drodze z lotniska wygląd okolicy tez nie pozostawiał watpliwości: surowo, prawie brak roślin większych od trawy, krajobraz księżycowy, z widocznymi gdzieniegdzie "bulgotami" : półokrągłymi formacjami skalnymi o średnicy kilku/kilkudziesięciu metrow, z popękaną powierzchnia. Coś jak zastygłe, ogromne dno przypalonego czajńika. Czyli bulgoty..

Jutr wcześnie rano ruszamy na północny wschód. Plan: objechać wyspę w tydzień, zatrzymując się czasami.. Na razie przypomniałem sobie jak przezroczyste jest powietrze na północy, i to mimo zachmurzenia. Czuję ze będzie fajnie..




piątek, 9 czerwca 2017

07-08.09 "Trzymaj się czterech prawych pasów", czyli przez góry do Seattle

North Cascades NP przywitał nas piękną pogodą. Wjazd do niego od strony wschodniej prowadzi przepiękną, głęboką doliną. Najpierw przejechaliśmy  kilkadziesiąt km w górę rzeki, poszukując jakiegoś szlaku do mini trekkingu. Niestety na wysokości około 1500 mnpm leży tu ciągle śnieg, więc nic dostępnego nie udało sie znaleźć. Potem trasa prowadzi w dół - nawet nie zauważyliśmy kiedy strumień w dolinie nam się "zmienił" i teraz podążamy z prądem. Ukoronowaniem trasy jest wspaniały widok na Diablo Lake - sztuczne jezioro o turkusowych wodach.




W okolicy udało się też znaleźć dostępny szlak więc około 4h spędziliśmy najpierw podchodząc do "Prismatic Lake", a potem wracając. Trochę nam dało to w kość, bo podejście kilkaset metrów non stop w górę.. Ciepło, atmosfera piknikowa, prawie nikogo w okolicy - tu jeszcze jest przed sezonem.





Przejazd trasą widokowa przez góry został otworzony dopiero w maju. W niektórych miejscach na poboczu całe zwały śniegu - ślady po lawinach..
Ostatni dzień przed wyjazdem to krótka wizyta w Seattle. Ponieważ do południa pogoda deszczowa więc najpierw zajrzeliśmy do Pacific Science Center (czy jakoś tak..). Wystawa czasowa o terakotowej chińskiej armii (+ ciekawy film o Chinach) i "motylarium" uratowały sytuację, inaczej byłaby porażka.






Po południu trochę się powłóczyliśmy w okolicach Downtown i nabrzeży. Miasto nie "zwaliło nas z nóg", rownież spore ilości ludzi pod wpływem narkotyków na ulicach jakoś nie wyglądają  specjalnie  zachęcająco..



Powoli przyzwyczajamy się do myśli o powrocie. Wracając do hotelu trzymam się, za radą GPSa, czterech prawych pasów przy zjeździe. To już ostatnie "amerykańskie klimaty". Jutro około ósmej rano zaczynamy ponad 30h powrót do Polski..

środa, 7 czerwca 2017

06.06 Nez Pierce i ich wódz Józef

W połowie lat dwudziestych dziewiętnastego wieku, w dolinę rzeki Clearwater, zaraz za miejscem gdzie wpływa do jej rzeka Snake, przybyło małżeństwo misjonarzy Kościoła Prezbiteriańskiego. Jestem przekonany, ze musieli głęboko wierzyć w sens swojej misji. Przybyli tu chrzcić pogańskie dzieci, szerzyć miłość bliźniego, uczyć miejscowych uprawiać ziemię i używać różnych, dziwnych dla nich narzędzi.. Nie zrobili zdaje się tylko jednego - nie spytali miejscowych czy tego chcą...
Nie byli zresztą jedyni, w ślad za nimi przybyli też misjonarze katoliccy, a wkrótce potem - przedstawiciele władzy. Władzy, której Indianie również nie potrzebowali. Dziś o sensowności działań wszystkich tych ludzi świadczą pozostałości pierwszych zabudowań misjonarzy. Dokładnie - dwie pozostałości. Dwie kupki gruzu otoczone ogrodzeniem, z krótką tablicą informacyjną. Nie znaczy to oczywiście, że ludzie Ci nie zmienili życia Indian Nez Pierce. Zmienili radykalnie. Zresztą plemię było dość pobożne i wyglada na to, że szczególnie nie "przeszkadzało" im przyjęcie jednego czy drugiego wyznania. A Lady Misjonarka piekła doskonale ciasteczka.. Nawet ich najsłynniejszy wódz przyjął imię Joseph i chyba nie pozostawało to bez związku z imieniem jednego z misjonarzy w okolicy.. W jednej z historii plemienia, Stwórca opuścił z nieba na ziemię długą linę. Poszczególne włókna tej liny "rozpełzły" się po ziemi, niczym gigantyczne korzenie, ale i tak wszystkie razem skręcają się w jednym miejscu, w jeden wspólny splot, który prowadzi do tego samego, jednego Boga.. Spędziliśmy trochę czasu spacerując po miejscu gdzie kiedyś stały zabudowania białych, tzw. agencji i tipi Indian z rezerwatu. Dziś nie ma tu prawie nic, choć teren nad rzeką wygląda pięknie - trochę jak Park Oliwski, tyle że bez alejek. Jedno, odtworzone zabudowanie i cmentarz. "Miasteczko" funkcjonowało gdzieś do połowy 20go wieku,a jedynym dobrze zachowanym miejscem pozostał cmentarz.





Wcześniejsza historia była dość dramatyczna, choć Nez Pierce nie byli specjalnie wojowniczo nastawieni do białych. W połowie 19go wieku zawarli z rządem Stanów Zjednoczonych układ, na mocy którego dostali prawo używania obszaru na którym żyli "aż po czas kiedy trawa będzie rosła a woda w rzekach płynęła". Obszar nie odpowiadał w całości terenom, ma których funkcjonowali wcześniej, ale był bardzo duży. Osiem lat później układ został jednostronnie złamany, a Indianie zmuszeni zostali do stłoczenia się na 1/5 obszaru dopiero co im przyznanego. W efekcie, kilkanaście lat później doszło do wydarzeń zwanych  tu dziś wojną 1877 roku. Chief Joseph zebrał swoich ludzi, i sprzymierzeńców, i próbował prowadzić beznadziejną walkę.. Skutkiem wojny było rozproszenie plemienia po wielu miejscach w dzisiejszych USA i Kanadzie, oraz spacyfikowanie tych, którzy zostali, w granicach dzisiejszego rezerwatu. Późniejsza historia była podobna do wielu innych plemion: pozbawieni tradycyjnego sposobu życia, zmuszani do zmiany wiary, dzieci przez kilka pokoleń obowiązkowo koszarowane w szkołach z internatem, gdzie oduczane były kultury przodków, pozbawieni praw równych białym osadnikom. Urzędnicy agencji, wysłani żeby chronić terenów indiańskich przed zagarniającymi je poszukiwaczami złota i osadnikami, nie byli w stanie, a często nawet nie chcieli łagodzić napięć, które powstawały. Co więcej, często wykorzystywali "system" do napychania własnych kieszeni. Skąd my to znamy..
Historia Nez Pierce to historia głebokiej integracji z naturą. Żyli nad rzekami, łowili łososie, budowali canoe do transportu swoich rzeczy na wymianę z innymi plemionami. Raz na jakiś czas wyprawiali sie na wędrówkę w poszukiwaniu roślin wzbogacających dietę i wspomagających leczenie. Wierzą, że Stwórca kiedyś spytał łososie w rzekach po co chcą żyć i one odpowiedziały, że po to żeby żywić ludzi. W zamian za to, ludzie winni im są szacunek i powinni robić wszystko, żeby łososie mogły i miały gdzie żyć. Wierzą w to do dziś i zgodnie z tą wiarą postępują, choć biały człowiek przegrodził ich rzeki tamami i łososie nie mają jak dotrzeć do swoich tradycyjnych miejsc tarła. Krok po kroku udaje się odtworzyć populację łososia w okolicznych rzekach..
Z czasem pojawiły się konie, przywiezione wcześniej na południe kontynentu przez Hiszpanów. Nez Pierce nie tylko potrafili dostrzec zalety z ich posiadania i wspaniałe je wykorzystać. Są też jedynym plemieniem, które w świadomy sposób próbowało hodować je w celu ich wzmocnienia i uczynienia jeszcze bardziej wytrzymałymi. Dziś pozostałością tych prób jest przepięknie umaszczona rasa Appolosa - konie silne, zwinne, wytrzymałe, o twardych kopytach dostosowanych do kamienistego podłoża, jednocześnie - dobrze ułożone i przyjaźnie nastawione do ludzi. Muzeum Appolosa Horse Club w Moscow odwiedziliśmy po południu. 
Nez Pierce robią dziś dużo dla odtworzenia kultury przodków. W szczególności - chcą stworzyć język, który uważają za spoiwo własnego narodu, łącznik z przeszłością i gwarancję utrwalenia tej kultury. Jest więc światełko w tunelu. Ich rezerwat nie jest tak przygnębiający jak Pine Ridge Sioux'ów..

Głębokie poszanowanie natury, tolerancja dla ludzi o innych wierzeniach, miłość do muzyki (widzieliśmy w muzeum i na cmentarzu tego dowody) - jest tyle rzeczy, których możemy się od tego ludu nauczyć. Tego "prymitywnego plemienia", którego my, cywilizowani chrześcijanie, chcieliśmy nauczyć jak mają żyć..



W muzeum, które zwiedzaliśmy przed południem widziałem dużo zdjęć Indian. Na żadnym z nich, żaden nie miał przekłutego nosa. Chyba tylko starzy West Man'i wiedzą skąd wzięła się nazwa Nez Pierce..

Dodatkowy walor edukacyjny dzisiejszego dnia: dowiedziałem, ze najgłębszym kanionem rzecznym w Stanach nie jest Grand Canyon, tylko wąwóz rzeki Snake, dopływu Clearwater, na którą byliśmy. Nazywa się Hells Canyon i ma grubo ponad dwa kilometry głębokości..

Jutro - lodowce, które jeszcze przetrwały w North Cascades NP. Jest ich około 300, więc będzie co oglądać. Trochę zygzakiem zmierzamy do tego Seattle..

wtorek, 6 czerwca 2017

03-05.06 Szlakiem Lewisa/Clarka na północ - Glacier National Park

Trochę więcej niż 210 lat temu, przez tereny, które teraz odwiedzamy, poruszała się słynna (przynajmniej tutaj) wyprawa dwóch podróżników/odkrywców. Dokumentowała wydarzenia, sporządzała mapy, eksplorowała okolice. Pojedynczy biali zdążył się tu nawet wcześniej osiedlić, ale generalnie dla ludzi wschodu była to wtedy Terra Incognita. Napotykani Indianie nie wiedzieli jeszcze wtedy jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo. Nie mieli poczucia własności w naszym dzisiejszym rozumieniu, nie wiedzieli jak potężnym potencjałem dysponuje biały człowiek, nie znali jego zamiarów. Członkowie wyprawy posuwali się więc dolinami na północ/północny zachód bez większych przeszkód. Po ich powrocie na wschodnie wybrzeże, około roku 1805, sprawy potoczyły się bardzo szybko. Jestem przekonany, że Indianie na początku nie mieli nawet świadomości, że ktoś handluje ziemiami, na których żyli od setek/tysięcy lat i za chwilę ktoś  przyjdzie "po swoje".. Najpierw handel wymienny z białymi, potem gorączka złota, budowa kolei, masowe zabijanie bizonów, wojsko i przedstawiciele władz kraju, którego istnienia nie mieli świadomości. W ciagu tak naprawdę kilkudziesięciu lat miała miejsce katastrofa, której nie byli w stanie odwrocić. Zmiana, która dotknęła milionów ludzi, wpłynęła na życie kolejnych pokoleń, która zmusiła ich do tego, żeby stali się kimś zupełnie innym, której nie akceptują do dziś. Wszystko w tak krótkim czasie. A zaczęło się od paru gości na koniach, z jakimiś dziwnymi przyrządami, coś tam skrzętnie notujących i rysujących.. 
Ślady tej wyprawy widoczne są w Montanie w wielu miejscach. Np. przy miejscu zwanym Mountain Gate, gdzie zatrzymalismy się na piknik. Do dziś istnieją tu rancza potomków pierwszych osadników, którzy dorobili się na handlu z poszukiwaczami złota. Rancza o powierzchni liczonej w setkach mil kwadratowych. Robi wrażenie.. 
W drodze do Glacier National Park, ziemi Czarnych Stóp, których rezerwat dziś graniczy z Parkiem, przejechaliśmy praktycznie całą Montanę i wiemy juz skąd wzięła się nazwa stanu. Krajobrazy bardzo rozległe, od wyżynnych, pofałdowanych równin, po ogromne, ośnieżone szczyty. Bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu są liczne jeziora i rzeki, zasilane przez topniejące śniegi i lodowce. 
Nasz pierwszy nocleg to camping w Two Medicine Valley, za wschodnim wjazdem do parku. Miejsce wymarzone na obozowisko - widok na piękne góry odbijające się w jeziorze, dużo trawiastej przestrzeni, stosunkowo ciepło jak na wysokie góry. 

Dziwi mnie trochę niskie obłożenie campingu, ale następnego dnia tajemnica się wyjaśniła.. Póki co rozbijamy się we wspaniałym miejscu i robimy mały rekonesans. Cisza, spokój, słońce. Chciałoby się zostać dłużej.. Obok nas amerykańska rodzina z dziećmi, rozłożona na dłuższy wypoczynek. Namiot w stylu naszych wojskowych, 10-cio osobowych namiotów, tylko większy :). Założę się ze w środku podzielony jest na salon i sypialnie ;). Przez otwór w dachu wystaje komin kuchni/kominka (?), z boku dostawiony mini namiocik z natryskiem. Pan domu co chwile donosi kolejne wiadra wody..
Okolica znana jest z występowania dużej ilości niedźwiedzi Grizzly. Ostrzeżenia są wszędzie, w sklepie przy campingu spray na niedźwiedzie. 
Kolacja przy zachodzącym słońcu, w widokiem na góry. Relaks pełny :).
Wstałem przed wschodem słońca, żeby uwiecznić miękko oświetlony szczyt odbijający się w jeziorze. Spędziłem godzinę przy statywie, próbując rożnych ustawień. Jedyny problem to.. chmury, które akurat o złotej godzinie zasłoniły wschodzące słońce. Z miękkiego światła nici. Cóż.. może innym razem..




Dziś w planach, najpierw Many Glacier, potem przejazd przepiękną "Going to the Sun Road. Seledynowe tafle jezior, strumienie, granitowe olbrzymy (naprawdę - olbrzymy) pokryte resztkami śniegu przeglądające się w wodzie. Wszystko prawie pięknie.




Prawie, bo droga po dwunastu milach okazała sie zamknięta, wiec całego parku ze wschodu na zachód przejechać się nie da.. Trudno - delektujemy się tym jest. I tak jest piękne.. Zresztą nie trzeba było dwunastu mil, wystarczyła jedna od wjazdu do parku, a po drodze przed nami przedefilowała para pięknie czarnych, młodych misiów. Chyba nie oszukują z tymi ostrzeżeniami. No i campingi dzięki temu mają czyściutkie - nikt nie odważy się zostawić kawałka śmiecia obok namiotu/campera..
Trzeba było trochę zmienić plan - objeżdżamy park od południa. Po drodze obiad w przydrożnym "Restaurancie". Lokalna wioska, sporo samochodów na parkingu i.. chyba najgorsze żarcie w trakcie pobytu.. Dostałem suchego ziemniaka, "wypełnionego" kawałkami suchego mięsa i suchych pieczarek. Sandwich Izy dosłownie pływał w kectchup'ie. Kiedyś musiało byč to najgorsze.. 
Camping po zachodniej stronie parku juz nie jest tak urokliwy, w dodatku prawie całą noc padał lekki deszcz. Cóż - góry..
Rano, przed wyjazdem, jeszcze "leniwa" kawa z widokiem na ogromne jezioro i góry przykryte deszczowymi chmurami. Cicho, spokojnie, ciepło.. wakacje :). Park w którym jesteśmy ma w nazwie "Lodowiec", lodowców są tu resztki i dramatycznie szybko znikają. Wg szacunków przytoczonych przez Lonely Planet - za 3 lata nie będzie tu już żadnego. Zniknęły w ciagu ostatnich kilkudziesięciu lat. Jak tu nie wierzyć w globalne ocieplenie. USA odpowiadają za nie w znacznym stopniu - albo ropa i węgiel, albo lodowce..



Dziś jeszcze czeka nas ponad 500 km na południe. Wśród ogromnych jezior, przez rezerwat Indian Flatheads (kto o nich słyszał, hmm.. ?), nie różniący się niczym od terenów "nierezerwatowych", do plemienia Nez Pierce, "Przekłutych Nosów". Zahaczamy o kawałek stanu Idaho, przedostatniego na naszej drodze. Do Seattle, końca naszej podróży, pozostanie tylko kilkaset km. Dziś nocleg w miasteczku o swojsko brzmiącej nazwie Moscow..