poniedziałek, 17 marca 2025

Królewskie albatrosy i nie tylko

 Dzień miał być z tych spokojniejszych - trochę żeby wypełnić czas przed planowanym pojutrze rejsem. Rano, ogromne tuje i cedry pod którymi spaliśmy, wydały się jeszcze większe i jeszcze piękniejsze. Po śniadaniu - kierunek wybrzeże. Tuż przed wyruszeniem w drogę zdecydowaliśmy, że odbijemy trochę bardziej na południe niż początkowo planowaliśmy - aż do Dunedin, a właściwie - na znajdujący się trochę dalej - półwysep Otago. Na samym jego końcu znajduje się Royal Albatross Centre.  Znaczy - albatrosy są Royal (taki gatunek), nie centrum.. Właściwie: Northern Royal Albatross.   Rozpiętość skrzydeł dochodzi do trzech metrów. Fruwają, głownie szybując, z prędkością mogącą przekraczać 100km/h. Jest tu czatownia gdzie można podglądać gniazda z młodymi (aktualnie - cztery), które wyglądają jak połączenie małej owcy z kurą. W pobliżu kręci się trochę dorosłych osobników, bo gniazd jest więcej i muszą te wszystkie olbrzymie pisklaki wykarmić. To jedyne miejsce gdzie te ptaki gniazdują na stałym lądzie, jeśli Nową Zelandię za takowy uznać. Pozostałe - na kilku wyspach w promieniu kilkuset kilometrów. Widzieliśmy wcześniej albatrosy na Galapagos, ale ciągle robią wrażenie. 

W drodze powrotnej - mały skok w bok, który zupełnie przypadkiem okazał się „gwoździem” dzisiejszego programu. Zaledwie 2km od centrum albatrosów znajduje się miejsce gdzie z przewodnikiem można oglądać pingwiny. Całkiem popularne i bardzo małe - niebieskie, i jedne z najrzadszych na świecie (wg przewodniczki - najrzadsze) - pingwiny żółtookie. Całkowita populacja to około 1500 sztuk i spada. W ciągu ostatnich trzydziestu lat - spadła o ponad 75%. Są endemiczne dla tego regionu - nigdzie indziej na świecie nie można ich spotkać. Wycieczki zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem, ale.. Iza postanowiła spytać, bo przecież co szkodzi. I tak się złożyło, że akurat w grupie wychodzącej za 15 min. są dostępne jeszcze dwa miejsca. Przewodniczka uprzedzała kilka razy, że to natura, że to dzikie zwierzęta i nie gwarantuje że zobaczymy jakieś „na żywo” (na miejscu jest ośrodek gdzie zwierzęta potrzebujące pomocy dochodzą do siebie, ale wiadomo - w zoo to każdy głupi..). Później przyznała że ostatni raz jednego pingwina żółtookiego widziała w.. listopadzie. My dziś zobaczyliśmy trzy. Jednego bardzo blisko, drugiego - z około 100m, wyraźnie nawołującego tego pierwszego. Trzeci - bez lornetki nie dojrzysz. Jeśli grupa zobaczy jednego pingwina tego gatunku - ma podobno ogromne szczęście. Na widok trzech, nasza przewodniczka nie ukrywała podekscytowania. My też :). A jeszcze rano nie planowaliśmy tu być..























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz