Zaraz po wczesnym śniadaniu - w drogę na koniec USA. Znaczy - południowy koniec. Miało być około 3h ,wyszło 4 bo po drodze wypadek. Key West, i w zasadzie - wszystkie „Keys” po drodze, to jedno z miejsc gdzie rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż wyobrażenia. Starałem się, zresztą tradycyjnie, nie wyobrażać zbyt wiele, jednak gdzieś z tyłu głowy miałem przed oczami surowy przylądek z jakąś osadą, port rybacki i marinę, a po drodze - drogę wijącą się wśród turkusowych wód zatoki meksykańskiej. W realu - odczucia mam baaardzo mocno ambiwalentne. No bo miasto na końcu ciągu wysp ma swój urok, powiedzmy - w niektórych miejscach.. Np. ogromne drzewa z korzeniami wystającymi wprost z gałęzi - baaaaardzo rozłożyste. Z wyobrażenia pozostał też przepiękny turkus wody. Poza tym - wybetonowane „koryto” od Miami po kraniec ostatniej wyspy. Każdy dostępny skrawek lądu po drodze zajęty na rezydencje - tych bogatszych i tych trochę mniej. Każdy oczywiście musi mieć swój dostęp do wody i własną łódź.. Jak Hemingway i Roosevelt mieli tu swoje domy, to ja też przecież muszę. W samym Key West w oczy rzucają się dziesiątki, jeśli nie setki, „kondominiów”: otwartych, częściowo zamkniętych i zamkniętych, z tysiącami domów wewnątrz. Przez całą długość drogi jeden ciągły sznur samochodów: trudno sobie wyobrazić gdzie one się mieszczą. Przyroda przytłoczona kompletnie przez ten natłok. Efekt - dla mnie przygnębiający. Klasyczny rezultat owczego pędu do posiadania domu w pierwszej linii wybrzeża. Efekt - wszyscy mają, na oko - ze sto tysięcy domów lub więcej 😥. Tysiące marin, dziesiątki tysięcy łodzi różnej maści.. Wiem, że nie wrócę tu na pewno.
Popołudnie spędziliśmy na żaglowym szkunerze z napędem silnikowym. Rejs w okolice pobliskich wysp, które okazały się ogromnymi kępami mangrowca. Snorkeling - rozczarowujący. W okolicy jest podobno jedna z piękniejszych raf, a my oglądamy podwodny trawnik, w dodatku - podniszczony. Gdybym nie natknął się na ogromnego homara i kilka sporych ryb - nie byłoby co oglądać :(. Na szczęście kajaki okazały się fajnym doświadczeniem, potem jeszcze zachód słońca na morzu z kieliszkiem wina w dłoni. Szkoda że walentynki dopiero pojutrze bo byłyby zaliczone 🙂. O wschodzie słońca wybraliśmy się na mały spacer plażą - przyjemnie się przejść wśród rezydencji i bloków nad morzem :). Potem odwiedziliśmy dom Hemingwaya - bardzo fajne miejsce, aż chce się przeczytać więcej niż tylko „Starego człowieka”. Wszędzie pełno kotów sześciopalczastych. Chill out pełną gębą 🙂. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na jednej z wysp po drodze, w poszukiwaniu dzikiej przyrody: zaliczony jeden jaszczur na drzewie, ptaki - odleciały.
Jutro zaszalejmy na airboatach. Wybraliśmy takie mniejsze żeby było bardziej kameralnie.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz