Dwa dni spędzone na dość różnorodnych atrakcjach. Najpierw przejażdżka airboatem niedaleko Everglades City. Wiadomo - jak się jest tu pierwszy raz to trzeba spróbować. I raz wystarczy :). Prędkość można poczuć na różne sposoby - ten jest zdecydowanie najgłośniejszy. Nawet w słuchawkach wygłuszających. Pływaliśmy po kanałach mangrowych. Woda wymieszana z błotem, żadnego żywego stworzenia oczywiście w promieniu kilometra.. Huk i zamieszanie :). Surowiec trzeba ale nie polecam. W pakiecie był jeszcze aligator show - dowiedzieliśmy się jak się wiąże krokodyla. Jakby była kiedyś potrzeba - będzie jak znalazł 😁. Iza potrzymała młodego w rękach - podobno jest bardzo miękki i delikatny. Mnie wystraszył sam widok.. Po południu wizyta w Ah-Tah-Thi-Ki Museum. Oryginalnie Floryda to ziemia Seminoli. Mogliśmy poznać ich wersję aktu stworzenia, trochę historii i zwyczajów. Plemię wygląda na takie, które dość szybko postanowiło sobie radzić w nowej rzeczywistości współpracując z rządem federalnym. Dziś z dochodów z kasyna utrzymują m.in. muzeum. Całkiem spore i nieźle zrobione.
Następny dzień był zdecydowanie „ptasi”. Do południa wizyta w sanktuarium Corkscrew Swamp, po południu - Myakka River State Park. Oba miejsca niezapomniane - trzeba być tylko o świcie lub/i zachodzie słońca. Ptaki się odwdzięczą. Przy okazji - zmarnowałem okazję na „milion doler photo” 😳😥. Szkoda gadać - całe życie na błędach. Choć i bez tego będzie z czego wybrać.
Wygląda że jesteśmy mocno zmęczeni - nie wiemy co jutro..


































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz